Jestem osobą, która w swoim krótkim życiu (a nawet bardzo krótkim, jeśli spojrzeć na to z perspektywy lat… Jesteśmy malutkim odcinkiem na przestrzeni wieków istnienia naszej cywilizacji, co dopiero Ziemi!) przeczytała dużo książek. Choć… Dużo to mało powiedziane, jeśli ‘wciąga’ się średnio jedną książkę dziennie.
Tu rozprawiać miałam jednak o lekturach, dla mnie, jak i dla większości uczniów, są one złem koniecznym, pomimo tego, że niosącym kolejne punkty do odhaczenia w ‘czytałem’ i wiele ciekawych morałów, zazwyczaj to nudne i trudne do zrozumienia dla normalnego człowieka książki, które byłyby nawet ciekawe, jeśli z ich znajomości nie bylibyśmy sprawdzani, a termin przeczytania nie zależałby od polonisty, a naszego humoru.
Cóż jednak poradzić, my, jako przyszłość narodu (ha, ha, ha…) powinniśmy znać przynajmniej część jego dziedzictwa, które na tle współczesności wygląda tak, jakby ktoś porządnie się czegoś nawąchał.
I tu pewno wszyscy poloniści otwierają szeroko oczy i mają zamiar pogonić mnie z jakimś kijem za zdemoralizowanie młodzieży. Ale czyż nie jest tak, drodzy nauczyciele? Dziś, w dobie komputerów, które ‘wsysają’ nas, młodzież, na przynajmniej dwie godzinki dziennie, w dobie dzisiejszej literatury fantasy, która zalewa księgarnie i biblioteki, kto spojrzałby na Słowackiego, którego teksty, zapewne niosące wiele morału, są trudne do zrozumienia, w ten sposób, że czytając taką ‘Balladynę’ co wers coraz bardziej wybałuszamy oczy, gdyż takich słów na co dzień raczej nie słyszymy. Ale przecież wieszcz jest to nasz, narodowy, zaraz po znanym wszystkim Mickiewiczu, któregoż to pierwszych wersów ‘Pana Tadeusza’, brzmiących ‘Litwo! Ojczyzno moja! Tyś jest jak zdrowie! Ile Cię trzeba cenić ten się tylko dowie, kto Cię stracił. Dziś piękność Twą w całej Twej ozdobie opisuję, bo tęsknię po tobie’ uczymy się w szkole średniej, choć już wcześniej znane są nam te słowa, z rozczuleniem wypowiadane przez mentorów z podstawówki.
Pisane lekkim piórem
niedziela, 13 marca 2011
sobota, 27 listopada 2010
!!!!WAŻNE!!!!
A więc... Wiem, że może was denerwować fakt, iż nie da się tu po normalnemu napisać komantarza, więc przenoszę się na onet...
Oto link do nowego bloga
Są tu wszystkie notki ;)
Oto link do nowego bloga
Są tu wszystkie notki ;)
piątek, 26 listopada 2010
Piątek i wspaniała matematyka
Lubię piątki. Nie tylko ze względu na to, że kończy się tydzień. W piątek mamy dużo lekcji, ale da się je znieść, a w dodatku jest mało zadawane.
Choć.. U nas matematyka, przykładem, zawsze jest na wesoło. Taka nasza klasa, choć nieco sztywna, matematyczne żarty bawią ją bardzo.
Dziś także nie zabrakło trochę śmiechu. Zacznijmy od początku lekcji.
Zawsze to ja ścieram tablicę i zapisuję nowy temat. Choć mamy dyżurnych, ci pojawiają się dopiero, jak jakaś nauczycielka wzywa ich do siebie, a później każe sprzątać pod salą lekcyjną. W złym momencie się pojawiają, ale trudno.
Zanim zdążyłam zetrzeć tablicę do końca, nauczycielka poprosiła mnie o zapisanie tematu, więc, wciąż trzymając gąbkę, uczyniłam to. Kiedy już kończyłam, koleżanka uparła się, aby wytrzeć tablicę za mnie. Przekornie kurczowo trzymałam się gąbki. Po kilku sekundach ‘siłowania się’ koleżanka uciekła się do drastycznych sposobów odebrania mi gąbki: najprościej w świecie mnie ugryzła. Swoim zwyczajem i specjalnie piskliwym głosem stwierdziłam ‘Proszę pani! Ona mnie ugryzła!’. Oczywiście wywołało to śmiech zarówno w klasie jak i u nauczycielki. Dobry początek lekcji.
Dalej było zapisywanie zadań, przy którym to działaniu wywiązał się taki dialog między dwojgiem uczniów i nauczycielką(jędną z moich ulubionych nauczycielek, panią Mirabelką):
-Proszę pani! A my czwarte i piąte z Maćkiem zrobiliśmy …- odezwał się jeden z nich, nazwijmy go Bartkiem.
- O, świetnie!
-Na polskim… - dokończył Bartek.
-Och…- pani lekko zmieszana, klasa w śmiech.
-Mogłeś tego nie mówić… - udawanym szeptem stwierdził Maciek.
-Ja was nie ogarniam- stwierdza nauczycielka. – Już nie wiem, czy gorsze jest pogryzienie czy zadanie zrobione na polskim…
-Pogryzienie! Mogłam dostać zakażenia.. – wtrąciłam swoje trzy grosze.
I znów śmiech w klasie.
Do około połowy lekcji wszystko przebiegało normalnie, aż kolega z tyłu, nazwijmy go Markiem, dźgnął mnie długopisem w plecy.
-Zrobiłaś już piąte?- spytał, kiedy się odwróciłam. Razem z ławkowym towarzyszem, Krystianem, byli już lekko rozbawieni moją reakcją na koleżeńskie dźgnięcie w plecy.
-Nie, myślę nad czwartym.. Och, co się tak śmiejecie?- po tym pytaniu odwróciłam się do swojej ławki i zajęłam główkowaniem nad zadaniem. Ale szybko zaświtało mi w głowie, że jak pyta o piąte to poprzednie już zrobił. Odwróciłam się i porwałam jego zeszyt.
To była masakra. Pisze gorzej, niż ja, ale się odnalazłam. Zapis wyglądał iście komicznie, w dodatku kolega pokroił ludzi, a później dziwnie pozszywał i w dziwny sposób wyszło mu poprawne rozwiązanie. Skomentowałam zarówno zadanie, jak i pismo. Tak oto nasza grupka zaczęła podśmiewywać się z zadania.
Wróciłam jednak do swojego zeszytu i zaczęłam myśleć nad zadaniem. Wkrótce odwróciłam się ponownie z propozycją rozwiązania. Pisanie do góry nogami nie wyszło mi najlepiej, toteż wzbudziłam znów trochę śmiechu. Ale mieliśmy pomysł, jak rozwiązać zadanie. Wciąż jednak pozostawało nam w myśli krojenie ludzi i śmiech stał się lekko głośniejszy. Zainteresowała się tym nauczycielka:
-Z czego wy się tak śmiejecie?
-Z Marka..
-Czemu?
-Bo on pokroił w czwartym zadaniu ludzi, a później tak dziwnie pozszywał, że mu dobrze znikąd wyszło…
Nauczycielka uśmiechnęła się i wróciła do zadania rozwiązywanego na tablicy.
Słysząc za jakiś czas śmiechy ponownie, odwróciłam się.
-A tym razem co?
-Nie wiem, on mnie rozśmiesza- z trudem powiedział pełnym zdaniem Krystian.- Nie pluj!
-Już wycieram..- znużonym głosem odpowiedział, śmiejący się kolega.
-Bo on to zawsze jak się śmieje to pluje! Ślina tryska na wszystkie strony!- Śmiech. Nie wiadomo właściwie z czego, ale śmiech.
-Wybaczycie, że nie skomentuję tego tak, jak Mateusz Twojej nauki latania? – zwróciłam się do Krystiana.
Komentarza na temat latania nie będę tłumaczyć, jakoś nie potrafi mi to przejść przez klawiaturę.
Ale jakoś ucichliśmy. Następny wybuch śmiechu, tym razem całej klasy, spowodował PKS na tablicy, jako oznaczenie statków i zabawa kolegi Mateusza wkładem do długopisu, który później podniosłam i nie chciałam oddać.
Na koniec lekcji było oznaczenie dziewczynek jako CBA, co wprawiło nas w dobry nastrój aż do domów.
Dzień w szkole był udany. Zresztą z gimnazjum zawsze wracam z uśmiechem na ustach. Cieszę się, że tak potoczyły się moje losy w tej klasie.
niedziela, 21 listopada 2010
Przeżyłam III Wojnę Światową
I myślę, że wy też. Chyba, że porwało was UFO. Cytując siebie 'Szlag by ich trafił z tymi przepowiedniami. Tylko ludzi straszą' i kolegę 'Tak, ludzie się pewno w piwnicach pochowali a tu nic nie wybuchło'.
Podsumowując ten tydzień był tygodniem lenistwa. Przyznaję się, jestem strrasznym leniem.
Zaczynając od początku......
Poniedziałek.... To już opowiadałam. Ortodonta, cały dzień zawalony. Przeczesywanie internetu i wszelkiego rodzaju pisem w poszukiwaniu czegoś nowego. Przy okazji obrałam sobie za punkt honoru znaleźć zespół i piosenkę, która spodobała by się mojemu znajomemu i by jej nie znał. Udało się, jestem z siebie dumna!
We wtorek, wyobraźcie sobie, dopełzłam do szkoły. Ale i w ten dzień nie dane mi było się napracować.
Przyszłam o godzinkę za wcześnie do szkoły. Kasia( Koleżanka z klasy. Nowej klasy. Oczywiście nadaję pseudonimy, mam nadzieję, że w trakcie trwania historii nie napadnie mnie chęć zmiany jej imienia) niestety podała mi tylko zadanie domowe, o zwolnieniu nie wspominając. Okazało się, że nie tylko mi podoba sie ranne wstawanie, dobrowolne, bądź przymusowe. Razem była nas czwórka rannych ptaszków. Dwie dziewczyny, ja i Ala (Kolejne pseudo), i dwóch chłopaków. Nas (dziewczyny) wychowawczyni wpuściła do swojej (Naszej) klasy, choć miała nas zagonić do roboty przy organizacji auli do Dnia Niepodległości, skończyło sie na tym, że my leniuchowałyśmy, żartując z Morza Kr(e)yteńskiego i goniąc się za wskaźnikiem z bambusa, a chłopaki nosili ławki i 'pieron wi co jeszcze' na aulę.
Przy okazji, przypadkiem dowiedziałam się, że na następnej lekcji miałam olimpiadę z języka angielskiego. Gdybym wiedziała... Ale nie, ja olałam całkowicie wiedzę o Wielkiej Brytanii. Ale co tam! Będzie, co będzie, na ocenie mi to w dół nie zaważy.
Ale poszło mi dobrze. Pytania nie były szalenie trudne.
Po olimpiadzie, jak już z Kingą znalazłyśmy naszą sprytnie zakamuflowaną klasę, mieliśmy łączoną lekcję języka angielskiego. A mianowicie z powodu braku naszej nauczycieli mieliśmy lekcje z nauczycielem drugiej grupy, a z powodu różnicy w postępie z materiałem, nie można było przeprowadzić lekcji, czyli luzy.
Kiedy już zanudziłam się kompletnie czytaniem i szczegółowym tłumaczeniem fragmentu książki Verne'a zadzwonił dzwonek, więc pospieszyliśmy na WDŻ (Zwał jak zwał. Lekcja o.. wszystkim związanym z dojrzewaniem etc.) z naszą wychowawczynią. Apel na Dzień Niepodległości. Czyli kolejna lekcja opuszczona. Przy okazji udało mi się wyłowić z kartki zastępstw zwolnienie naszej klasy z ostatniej lekcji plastyki.
Polski, którzy mieliśmy po apelu niemile mnie zaskoczył. A mianowicie: omawialiśmy już Pana Tadeusza. A ja tak chciałam być na tej lekcji.. Ech... Trudno. Lekcja minęła strasznie szybko. Byłam chyba nieco wyłączona i myślałam o niebieskich migdałach.
No i miałam dylemat, czy iść na kółko z matematyki. W końcu nie poszłam, jestem zbyt leniwa, żeby chodzić do szkoły dwa razy.
Środa... Ach! Środa. Kolejny dzień lenia. Tym razem wyjazd do Warszawy, zaproponowany przez wujka i ciocię. Musiałam wstać o piątej. Przerażające. Ale dałam radę.
Jechało się trochę nudnawo. Aż 5 godzin. Monotonną podróż umilałam sobie muzyką. Generalnie to ja muzyką żyję. Nadaje ona mojemu życiu rytm. I tym sposobem moje serce gra, jak gitara…
Kiedy już byliśmy w Warszawie zaczęło się szukanie dopiero co otwartego Centrum Techniki i Nauki im. Mikołaja Kopernika. Słabo oznakowany obiekt nie wyróżniał się niczym wśród oszklonych drapaczy chmur. Ale dojechaliśmy, a nawet znaleźliśmy miejsce na parkingu.
Kolejka do kasy była długa, ale robot, stojący przy wejściu zabijał czas spędzony na czekaniu na swoją kolej. Ciekawym rozwiązaniem było też wystawienie jednej z pracowniczek do robienia eksperymentów z zakresu fizyki. Przebijanie balona, czy słuchanie sprężyny oprawione dobrym humorem było bardzo interesujące…
Zwiedzanie centrum było czasochłonne i ciekawe. Wszystkie zjawiska opisane na kartkach informacyjnych można było sprawdzić i zaobserwować samemu.
Bardzo mi się podobało, dało inny i ciekawszy pogląd na fizykę od tego, który wpajany jest nam w szkołach przez książki i nauczycieli. Co nie znaczy wcale, że narzekam na uczenie się wzorów :D Osobiście to kocham!
Tak, jestem kimś na wzór tak zwanego kujona. Choć od kogoś takiego różnię się tym, że nie mam zapisanych dat sprawdzianów, a w domu czy w szkole nie zakuwam materiału, niczym zawodowy kowal. Wszystko przychodzi mi tak łatwo, że aż czekam, kiedy przyjdzie czas na materiał, którego moje wcześniejsze wcielenie nie miało okazji poznać. Można by wtedy dociekać, w którym wieku żyłam wcześniej….
Wróćmy do Warszawy. Z nowoczesnego Copernicusa pojechaliśmy do Muzeum Powstania Warszawskiego. Nie ukrywam, że znalezienie wejścia zajęło nam trochę czasu, gdyż szliśmy nie w tę stronę, obchodząc mur otaczający budynek dookoła…
Muzeum naprawdę zapiera dech w piersiach. Zarówno kapitalnym wykonaniem, nawałem informacji, jak i przerażającymi zdjęciami i opowieściami osób, które powstanie przeżyły.
W głowie mi się nie mieściło, jak człowiek może być tak okrutny dla drugiego człowieka jedynie z racji innych poglądów religijnych, innego pochodzenia. Jak nienawistni i bezlitośni są ludzie, kiedy zaślepi ich rządza władzy.
Z szeroko otwartymi oczami oglądałam przerażające zdjęcia biedy, smutku, jaki panował wówczas. Słuchałam opowieści o ucieczkach, o niesamowitym szczęściu, kiedy ktoś wyrwał się cudem z sideł Niemców. Słuchałam listów, które wysyłały dzieci, rodzina, kochankowie z nadzieją, że jeszcze się spotkają, że przeżyją następny dzień. Słuchałam wypowiedzi Hitlera, jednego z żołnierzy, którzy nie mogli patrzeć na to, co się dzieje wokół. Nie mogli znieść faktu, iż to ich nacja spowodowała ten mord. Szczególnie w pamięci utkwił mi fragment, kiedy opisywał, co zrobiono z dziećmi z sierocińca. „Wyprowadzali je do wyjścia, na strome schody. Tam były rozstrzeliwane. W pewnym momencie ktoś krzyknął ‘Nie marnujcie na nich amunicji!’. W ten sposób ginęły od uderzeń karabinem”
Ciekawym rozwiązaniem były kartki, które można było ze sobą wziąć. Powstanie opisywane dzień po dniu. Kartki imitujące kalendarz czy plakat z przykuwającym uwagę, wielkim napisem ‘POLACY!’.
Był też lot nad ruinami Warszawy. Zmasakrowane, zrównane z ziemią miasto, w którym, po zrujnowaniu, zostało około tysiąca osób. Dziś odbudowane, świecące, nowoczesne. Jakkolwiek by nie narzekać- nasze.
Myślę, że wizyta w takich miejscach powinna służyć właśnie przypomnieniu sobie, że choć narzekamy na drogi, na podatki i sto milionów innych rzeczy… To Polska jest nasza. Była nasza i za Mieszka, i pod Grunwaldem, i podczas II Wojny światowej. Nawet, jeśli nie było jej na mapach to była w naszych sercach i powinna być nadal.
Przede wszystkim powinniśmy zdawać sobie sprawę z tego, że nasi przodkowie walczyli o wolny kraj i powinniśmy o tym pamiętać i o niego dbać, nie dopuścić, żeby zjadła nas nienawiść, żebyśmy sami się pozjadali…. Ale co możemy my? Czy ja? Obecnie nic, ale patriotyzm powinno kształtować się od najmłodszych lat!
Po wizycie w takim historycznym miejscu zmienia się zawsze mój pogląd na świat. Zaczynają cieszyć małe rzeczy, bo mam świadomość, że kiedyś może zabraknąć mi tych małych problemów i zostaną one zastąpione przez większe, z którymi nie będzie już tak łato dać sobie radę.
Wciąż zamyśleni pojechaliśmy pod Pałac Kultury i Nauki, ‘prezent od wujka Stalina’, jak określił go tato, dodając ‘Ale mi się całkiem podoba’.
Niestety, nie mogliśmy wejść na górę, więc ograniczyliśmy się do podziwiania kolorowo oświetlonej stolicy, jedząc w samochodzie obiado-kolację.
Kiedy wracaliśmy było już ciemno. Zajechaliśmy do McDonaldu po coś ciepłego do picia. Nie macie pojęcia, jak pyszna jest zwykła herbata, kiedy cały dzień piło się tylko wodę!
Jadąc, patrzyłam na gwiazdy. Szukałam znajomych mi konstelacji i znalazłam północ.
Kocham patrzeć w gwiazdy. Daje mi to poczucie tego, jak mali jesteśmy. Tego, że jesteśmy, jak ziarenko piasku w wielkim Kosmosie. Zawsze mam wrażenie, że gdzieś tam, miliardy, biliardy lat świetlnych stąd jest jakaś istota myśląca, która patrzy w ten sam punkt na niebie i też myśli o tym, że może ktoś gdzieś indziej jeszcze jest.
Stwierdzenie, że jesteśmy mali, bezsilni i nic nie wiemy o otaczającym nas świecie jest dość odważne, jeśli patrzeć na to z perspektywy dziesiątek, setek lat, kiedy potrafimy niemal całkowicie panować nad naturą, tworzyć swoje otoczenie z surowców, które sami zdobyliśmy. A jednak jest bardzo prawdziwe.
W końcu czym jest człowiek, czy nawet Ziemia w obliczu Słońca? A co dopiero Kosmosu? Czym jest nasze jako-takie panowanie nad naturą w konfrontacji z wielkim meteorytem czy wybuchem Słońca? Czym jest nasza wiedza, sięgająca nie najbliższych nam galaktyk wobec całego potężnego Kosmosu? Niczym.
Podróż była męcząca. Pomimo ciepłej herbaty, gwiazd i muzyki miałam jej dość. W dodatku nie mogłam zasnąć.
Kiedy dojechaliśmy do domu szybko rozpakowałam torebkę i dałam tacie aparat ze zdjęciami. Ten przegrał je na komputer i razem je przeglądaliśmy. Położyłam się pod kołdrą, ale znów nie mogłam usnąć. Napisałam więc do kolegi, który o tak późnych porach miał, tak, jak ja, zwyczaj słuchania muzyki.
Szybko dostałam odpowiedź. Na koncie miałam resztę pieniędzy, ale jutro i tak miałam zamiar doładować sobie konto, więc mogłam trochę przepuścić. Przed bankructwem uratował mnie sen kolegi, który z natury jest strasznym śpiochem.
Następnego dnia wiele jednak się od niego nie różniłam. Spałam do południa i zapewne spałabym dłużej, gdyby mama nie zadzwoniła, żeby wyciągnąć mnie ‘do ludzi’, a konkretniej do koleżanki, z której córką chodziłam do klasy. Mogłabym się pokusić o narzekanie na tę osobę, ale nie warto…
Wizyta nie wyglądała interesująco. Nigdy nie mogłyśmy znaleźć wspólnego języka. Najpierw koleżanka dokończyła sprzątanie, później pobawiłyśmy się z kotami i ogólnie- jej zwierzyńcem liczącym sobie 5 kotów, 2 psy i niezliczoną ilość rybek. Później wyszłyśmy na spacer po wiosce, w której mieszkała. Gdyby nie brzydka pogoda i zapach unoszący się wszędzie i przypominający, że tu tez się hoduje zwierzątka byłoby tu pięknie. Odludzie, jakie lubię, brak cywilizacji… cisza.
Ale tutaj było kiepsko.
Kiedy już wróciłyśmy do domu zauważyłam, że nie złożyłam łóżka. Jednak spoglądając przez okno i widząc noc, zrezygnowałam ze składania i wyścieliłam je ładnie. W końcu zaraz i tak będę się kłaść.
Standardowo najpierw zajęłam się pożeraniem książki i słuchaniem muzyki. Później weszłam na chwilę na G-G i porozmawiałam ze znajomym.
Oczywiście spać poszłam późno, nie potrafię szybko iść spać.
Zaczęłam pisać lekko książkowo. Ale to za nudne na książkowy styl pisania, nie teraz.
W piątek pojechałam do babci, a tam spędziłam cały weekend. Pogadałyśmy trochę, urzędowałyśmy w kuchni, czarując różne, ciekawe dania. Na poniedziałek wróciłam do domu, w końcu trzeba było iść do szkoły.
Tak, tak PRZE-PRA-SZAM! Tak, tak długo pisałam. Szczerze lekko mi się nie chciało, kiedy stracił mi się tekst po raz 5-ty. Ale się nie poddałam, dokończyłam! I obiecuję.. od następnego razu dla swojego spokoju będę pisać króciej. Jak piszę coś dłuższego to dłużej myślę, mniej piszę.. Ech i tak to wychodzi…
poniedziałek, 8 listopada 2010
Poniedziałek dniem lenistwa
Taaak... dziś byłam totalnym leniem. Po porannej wizycie u ortodonty zbijałam bąki z przerwami na wycieczkę do sklepu i napełnienie zmywarki.
No i nici wyszły z wizyty u polonistki. Lało tak, że nie chciało mi się nosa wystawiać za okno, a do sklepu skoczyłam między jednym gwałtownym opadem i drugim, jeszcze gwałtowniejszym.
Poza tym szukałam muzyki. Przeglądałam gazetę i wychwytywałam co ciekawsze zespoły.
Czasem przytłacza mnie moja nieidealność. Wszystkie wady, które różne osoby zwykły zauważać. Często patrzę na siebie z perspektywy trzeciej osoby, widząc co widzą inni, a najczęściej widzą tylko wady. Choć czasem napada mnie wena, w której mogę wymienić swoje zalety, zdarza sie ona rzadko. I dobrze, bo popadłabym w narcyzm.
Jak narazie ustaję w przekonaniu, że bynajmniej nie piszę, jak nastolatka, że jestem inna niż moi rówieśnicy i że nigdy nie będę taka sama. A to raczej postanowienie.
No i nici wyszły z wizyty u polonistki. Lało tak, że nie chciało mi się nosa wystawiać za okno, a do sklepu skoczyłam między jednym gwałtownym opadem i drugim, jeszcze gwałtowniejszym.
Poza tym szukałam muzyki. Przeglądałam gazetę i wychwytywałam co ciekawsze zespoły.
Czasem przytłacza mnie moja nieidealność. Wszystkie wady, które różne osoby zwykły zauważać. Często patrzę na siebie z perspektywy trzeciej osoby, widząc co widzą inni, a najczęściej widzą tylko wady. Choć czasem napada mnie wena, w której mogę wymienić swoje zalety, zdarza sie ona rzadko. I dobrze, bo popadłabym w narcyzm.
Jak narazie ustaję w przekonaniu, że bynajmniej nie piszę, jak nastolatka, że jestem inna niż moi rówieśnicy i że nigdy nie będę taka sama. A to raczej postanowienie.
Inność jest w każdym z nas, w duszy. Każdy jest inny i wyjątkowy. Ale żeby otoczenie to odkryło musi on to w sobie odkryć i się temu nie przeciwstawiać. Odrzucić wzorce, dyktowane przez modę i podążać tymi, które upoluje.
Ale dziś... Wyjątkowość czasem łączy się z samotnością i otoczeniem osób, które uważamy za idiotów i które nas nie rozumieją...
Ale zawsze znajdzie się, na szczęście, drugi wariat, który wesprze Cię w codziennej monotonności... Tak?
Szukałam dziś ciekawej muzyki. Znalazłam kilka interesujących kawałków.
Jak zbiorę perełki to zrobię playlistę. I zamieszczę, z opisem, co by ktoś nie wlazł i nie cierpiał katuszy nielubianym dźwiękiem.
Adios! ;)
niedziela, 7 listopada 2010
Weekend!
No tak: weekend. Choć dla mnie to jeden dzień, z takiego powodu, że w sobotę odrabialiśmy piątek, dwunastego.
W sobotę mieliśmy 'Dzień Języków'. Każda klasa miała przygotować scenkę na temat wylosowanego kraju. Moja klasa dostała Włochy.
Miałam za zadanie pilnowania przebiegu, zmieniania scenografii i zapowiedzenia naszej klasy. Wszystko byłoby OK, gdyby nie fakt, iż zamiast od barwy zielonej, zaczęłam od czerwonej, na wstępie. Ale ogólnie poszło nam dobrze.
W niedzielę zaś, kiedy już odespałam cały tydzień, pojechałam do dziadków. Tam spędzilam resztę dnia.
Jutro, po wizycie u ortodonty, wybieram się na poszukiwanie adresu mojej nauczycielki języka polskiego. Jest ona na emeryturze, a ostatnio scharakteryzowałam ja na sprawdzianie. Nauczycielka zachęciła mnie i kolezankę do podarowania jej tej charakterystyki. Z chęcią podłapałam pomysł.
A polonistce z szóstej klasy wiele zawdzięczam. Była to osoba cudowna... Mam nadzieję, że uda mi się ją zastać...
W sobotę mieliśmy 'Dzień Języków'. Każda klasa miała przygotować scenkę na temat wylosowanego kraju. Moja klasa dostała Włochy.
Miałam za zadanie pilnowania przebiegu, zmieniania scenografii i zapowiedzenia naszej klasy. Wszystko byłoby OK, gdyby nie fakt, iż zamiast od barwy zielonej, zaczęłam od czerwonej, na wstępie. Ale ogólnie poszło nam dobrze.
W niedzielę zaś, kiedy już odespałam cały tydzień, pojechałam do dziadków. Tam spędzilam resztę dnia.
Jutro, po wizycie u ortodonty, wybieram się na poszukiwanie adresu mojej nauczycielki języka polskiego. Jest ona na emeryturze, a ostatnio scharakteryzowałam ja na sprawdzianie. Nauczycielka zachęciła mnie i kolezankę do podarowania jej tej charakterystyki. Z chęcią podłapałam pomysł.
A polonistce z szóstej klasy wiele zawdzięczam. Była to osoba cudowna... Mam nadzieję, że uda mi się ją zastać...
piątek, 5 listopada 2010
Artykuł gazetkowy nt. dopalaczy
Dopalacze… przedmioty kolekcjonerskie… Głośno o tym w mediach. Za sprawę wziął się i rząd, i Kościół, i szkoły, i Monar. My też nie zostawiamy tego bez echa.
Słyszałam o ich składnikach i jedno mnie zastanawia - co brał ten, kto to wymyślił i doprowadził do sprzedaży? Rozumiem, że w młodym wieku, istnieje pragnienie rozrywki, adrenaliny, ale trzeba to robić kosztem zdrowia? Papierosy, alkohol, narkotyki… Dlaczego młodzi sięgają po to tak szybko? Boją się, że coś im ucieknie?
Jeśli chodzi o istnienie dopalaczy, to istniały one od dawna, podnoszono alarm kilka razy, bez większego skutku. Teraz jednak postanowiono się za to porządnie zabrać.
Odciągnięcie nastolatków od nałogów, poddawanie działaniu jakichś środków odurzających czy paleniu papierosów jest rzeczą trudną, iż twierdzimy, że jesteśmy niezniszczalni, prawda? Zgadzam się, że z życia trzeba korzystać, nikt z nas nie chce później stwierdzić: W twoim wieku... W twoim wieku to ja wiecznie siedziałem grzecznie w domu… Wiadomo, że chcemy w życiu wszystkiego spróbować, ale może róbmy to tak, aby nie było to dla nas AŻ TAK szkodliwe?
Zdania na temat ‘przedmiotów kolekcjonerskich’, bo pod taką nazwą są one sprzedawane, są różne. Jedni silnie popierają ruch przeciwko nim, drudzy mają mieszane uczucia, inni jeszcze nie mają zdania. Zrobiło się z tego wielkie ‘boom’ , a do zwalczania sklepów powoływane są komisje na równi z wielkimi katastrofami. Sprawa nagłaśniana jest na taką skalę, że powoli zaczyna śmieszyć internautów, tworzących ironiczne ankiety, wymieniając w nich inne produkty, które mogą służyć jako środki odurzające. I każdy ma rację, bo jedna rzecz nie wyklucza drugiej.
Czytając przeróżne opinie różnych ludzi także mam mieszane uczucia, bo zazwyczaj jest tak, że im dłużej się nad czymś zastanawiamy i zagłębiamy w temat, tym trudniejsza jest z początku oczywista sprawa. Dla mnie sprawa jest o tyle trudna, że nie mam ochoty kolorować wydarzeń i powiększać do niesamowitych rozmiarów ani nagle wszystkiego zbagatelizować.
Kończąc tę refleksję, mogę jedynie powiedzieć: Tylko słabi gracze biorą dopalacze! A my nie jesteśmy słabi. I potrafimy sobie poradzić bez nich.
Słyszałam o ich składnikach i jedno mnie zastanawia - co brał ten, kto to wymyślił i doprowadził do sprzedaży? Rozumiem, że w młodym wieku, istnieje pragnienie rozrywki, adrenaliny, ale trzeba to robić kosztem zdrowia? Papierosy, alkohol, narkotyki… Dlaczego młodzi sięgają po to tak szybko? Boją się, że coś im ucieknie?
Jeśli chodzi o istnienie dopalaczy, to istniały one od dawna, podnoszono alarm kilka razy, bez większego skutku. Teraz jednak postanowiono się za to porządnie zabrać.
Odciągnięcie nastolatków od nałogów, poddawanie działaniu jakichś środków odurzających czy paleniu papierosów jest rzeczą trudną, iż twierdzimy, że jesteśmy niezniszczalni, prawda? Zgadzam się, że z życia trzeba korzystać, nikt z nas nie chce później stwierdzić: W twoim wieku... W twoim wieku to ja wiecznie siedziałem grzecznie w domu… Wiadomo, że chcemy w życiu wszystkiego spróbować, ale może róbmy to tak, aby nie było to dla nas AŻ TAK szkodliwe?
Zdania na temat ‘przedmiotów kolekcjonerskich’, bo pod taką nazwą są one sprzedawane, są różne. Jedni silnie popierają ruch przeciwko nim, drudzy mają mieszane uczucia, inni jeszcze nie mają zdania. Zrobiło się z tego wielkie ‘boom’ , a do zwalczania sklepów powoływane są komisje na równi z wielkimi katastrofami. Sprawa nagłaśniana jest na taką skalę, że powoli zaczyna śmieszyć internautów, tworzących ironiczne ankiety, wymieniając w nich inne produkty, które mogą służyć jako środki odurzające. I każdy ma rację, bo jedna rzecz nie wyklucza drugiej.
Czytając przeróżne opinie różnych ludzi także mam mieszane uczucia, bo zazwyczaj jest tak, że im dłużej się nad czymś zastanawiamy i zagłębiamy w temat, tym trudniejsza jest z początku oczywista sprawa. Dla mnie sprawa jest o tyle trudna, że nie mam ochoty kolorować wydarzeń i powiększać do niesamowitych rozmiarów ani nagle wszystkiego zbagatelizować.
Kończąc tę refleksję, mogę jedynie powiedzieć: Tylko słabi gracze biorą dopalacze! A my nie jesteśmy słabi. I potrafimy sobie poradzić bez nich.
Subskrybuj:
Posty (Atom)