I myślę, że wy też. Chyba, że porwało was UFO. Cytując siebie 'Szlag by ich trafił z tymi przepowiedniami. Tylko ludzi straszą' i kolegę 'Tak, ludzie się pewno w piwnicach pochowali a tu nic nie wybuchło'.
Podsumowując ten tydzień był tygodniem lenistwa. Przyznaję się, jestem strrasznym leniem.
Zaczynając od początku......
Poniedziałek.... To już opowiadałam. Ortodonta, cały dzień zawalony. Przeczesywanie internetu i wszelkiego rodzaju pisem w poszukiwaniu czegoś nowego. Przy okazji obrałam sobie za punkt honoru znaleźć zespół i piosenkę, która spodobała by się mojemu znajomemu i by jej nie znał. Udało się, jestem z siebie dumna!
We wtorek, wyobraźcie sobie, dopełzłam do szkoły. Ale i w ten dzień nie dane mi było się napracować.
Przyszłam o godzinkę za wcześnie do szkoły. Kasia( Koleżanka z klasy. Nowej klasy. Oczywiście nadaję pseudonimy, mam nadzieję, że w trakcie trwania historii nie napadnie mnie chęć zmiany jej imienia) niestety podała mi tylko zadanie domowe, o zwolnieniu nie wspominając. Okazało się, że nie tylko mi podoba sie ranne wstawanie, dobrowolne, bądź przymusowe. Razem była nas czwórka rannych ptaszków. Dwie dziewczyny, ja i Ala (Kolejne pseudo), i dwóch chłopaków. Nas (dziewczyny) wychowawczyni wpuściła do swojej (Naszej) klasy, choć miała nas zagonić do roboty przy organizacji auli do Dnia Niepodległości, skończyło sie na tym, że my leniuchowałyśmy, żartując z Morza Kr(e)yteńskiego i goniąc się za wskaźnikiem z bambusa, a chłopaki nosili ławki i 'pieron wi co jeszcze' na aulę.
Przy okazji, przypadkiem dowiedziałam się, że na następnej lekcji miałam olimpiadę z języka angielskiego. Gdybym wiedziała... Ale nie, ja olałam całkowicie wiedzę o Wielkiej Brytanii. Ale co tam! Będzie, co będzie, na ocenie mi to w dół nie zaważy.
Ale poszło mi dobrze. Pytania nie były szalenie trudne.
Po olimpiadzie, jak już z Kingą znalazłyśmy naszą sprytnie zakamuflowaną klasę, mieliśmy łączoną lekcję języka angielskiego. A mianowicie z powodu braku naszej nauczycieli mieliśmy lekcje z nauczycielem drugiej grupy, a z powodu różnicy w postępie z materiałem, nie można było przeprowadzić lekcji, czyli luzy.
Kiedy już zanudziłam się kompletnie czytaniem i szczegółowym tłumaczeniem fragmentu książki Verne'a zadzwonił dzwonek, więc pospieszyliśmy na WDŻ (Zwał jak zwał. Lekcja o.. wszystkim związanym z dojrzewaniem etc.) z naszą wychowawczynią. Apel na Dzień Niepodległości. Czyli kolejna lekcja opuszczona. Przy okazji udało mi się wyłowić z kartki zastępstw zwolnienie naszej klasy z ostatniej lekcji plastyki.
Polski, którzy mieliśmy po apelu niemile mnie zaskoczył. A mianowicie: omawialiśmy już Pana Tadeusza. A ja tak chciałam być na tej lekcji.. Ech... Trudno. Lekcja minęła strasznie szybko. Byłam chyba nieco wyłączona i myślałam o niebieskich migdałach.
No i miałam dylemat, czy iść na kółko z matematyki. W końcu nie poszłam, jestem zbyt leniwa, żeby chodzić do szkoły dwa razy.
Środa... Ach! Środa. Kolejny dzień lenia. Tym razem wyjazd do Warszawy, zaproponowany przez wujka i ciocię. Musiałam wstać o piątej. Przerażające. Ale dałam radę.
Jechało się trochę nudnawo. Aż 5 godzin. Monotonną podróż umilałam sobie muzyką. Generalnie to ja muzyką żyję. Nadaje ona mojemu życiu rytm. I tym sposobem moje serce gra, jak gitara…
Kiedy już byliśmy w Warszawie zaczęło się szukanie dopiero co otwartego Centrum Techniki i Nauki im. Mikołaja Kopernika. Słabo oznakowany obiekt nie wyróżniał się niczym wśród oszklonych drapaczy chmur. Ale dojechaliśmy, a nawet znaleźliśmy miejsce na parkingu.
Kolejka do kasy była długa, ale robot, stojący przy wejściu zabijał czas spędzony na czekaniu na swoją kolej. Ciekawym rozwiązaniem było też wystawienie jednej z pracowniczek do robienia eksperymentów z zakresu fizyki. Przebijanie balona, czy słuchanie sprężyny oprawione dobrym humorem było bardzo interesujące…
Zwiedzanie centrum było czasochłonne i ciekawe. Wszystkie zjawiska opisane na kartkach informacyjnych można było sprawdzić i zaobserwować samemu.
Bardzo mi się podobało, dało inny i ciekawszy pogląd na fizykę od tego, który wpajany jest nam w szkołach przez książki i nauczycieli. Co nie znaczy wcale, że narzekam na uczenie się wzorów :D Osobiście to kocham!
Tak, jestem kimś na wzór tak zwanego kujona. Choć od kogoś takiego różnię się tym, że nie mam zapisanych dat sprawdzianów, a w domu czy w szkole nie zakuwam materiału, niczym zawodowy kowal. Wszystko przychodzi mi tak łatwo, że aż czekam, kiedy przyjdzie czas na materiał, którego moje wcześniejsze wcielenie nie miało okazji poznać. Można by wtedy dociekać, w którym wieku żyłam wcześniej….
Wróćmy do Warszawy. Z nowoczesnego Copernicusa pojechaliśmy do Muzeum Powstania Warszawskiego. Nie ukrywam, że znalezienie wejścia zajęło nam trochę czasu, gdyż szliśmy nie w tę stronę, obchodząc mur otaczający budynek dookoła…
Muzeum naprawdę zapiera dech w piersiach. Zarówno kapitalnym wykonaniem, nawałem informacji, jak i przerażającymi zdjęciami i opowieściami osób, które powstanie przeżyły.
W głowie mi się nie mieściło, jak człowiek może być tak okrutny dla drugiego człowieka jedynie z racji innych poglądów religijnych, innego pochodzenia. Jak nienawistni i bezlitośni są ludzie, kiedy zaślepi ich rządza władzy.
Z szeroko otwartymi oczami oglądałam przerażające zdjęcia biedy, smutku, jaki panował wówczas. Słuchałam opowieści o ucieczkach, o niesamowitym szczęściu, kiedy ktoś wyrwał się cudem z sideł Niemców. Słuchałam listów, które wysyłały dzieci, rodzina, kochankowie z nadzieją, że jeszcze się spotkają, że przeżyją następny dzień. Słuchałam wypowiedzi Hitlera, jednego z żołnierzy, którzy nie mogli patrzeć na to, co się dzieje wokół. Nie mogli znieść faktu, iż to ich nacja spowodowała ten mord. Szczególnie w pamięci utkwił mi fragment, kiedy opisywał, co zrobiono z dziećmi z sierocińca. „Wyprowadzali je do wyjścia, na strome schody. Tam były rozstrzeliwane. W pewnym momencie ktoś krzyknął ‘Nie marnujcie na nich amunicji!’. W ten sposób ginęły od uderzeń karabinem”
Ciekawym rozwiązaniem były kartki, które można było ze sobą wziąć. Powstanie opisywane dzień po dniu. Kartki imitujące kalendarz czy plakat z przykuwającym uwagę, wielkim napisem ‘POLACY!’.
Był też lot nad ruinami Warszawy. Zmasakrowane, zrównane z ziemią miasto, w którym, po zrujnowaniu, zostało około tysiąca osób. Dziś odbudowane, świecące, nowoczesne. Jakkolwiek by nie narzekać- nasze.
Myślę, że wizyta w takich miejscach powinna służyć właśnie przypomnieniu sobie, że choć narzekamy na drogi, na podatki i sto milionów innych rzeczy… To Polska jest nasza. Była nasza i za Mieszka, i pod Grunwaldem, i podczas II Wojny światowej. Nawet, jeśli nie było jej na mapach to była w naszych sercach i powinna być nadal.
Przede wszystkim powinniśmy zdawać sobie sprawę z tego, że nasi przodkowie walczyli o wolny kraj i powinniśmy o tym pamiętać i o niego dbać, nie dopuścić, żeby zjadła nas nienawiść, żebyśmy sami się pozjadali…. Ale co możemy my? Czy ja? Obecnie nic, ale patriotyzm powinno kształtować się od najmłodszych lat!
Po wizycie w takim historycznym miejscu zmienia się zawsze mój pogląd na świat. Zaczynają cieszyć małe rzeczy, bo mam świadomość, że kiedyś może zabraknąć mi tych małych problemów i zostaną one zastąpione przez większe, z którymi nie będzie już tak łato dać sobie radę.
Wciąż zamyśleni pojechaliśmy pod Pałac Kultury i Nauki, ‘prezent od wujka Stalina’, jak określił go tato, dodając ‘Ale mi się całkiem podoba’.
Niestety, nie mogliśmy wejść na górę, więc ograniczyliśmy się do podziwiania kolorowo oświetlonej stolicy, jedząc w samochodzie obiado-kolację.
Kiedy wracaliśmy było już ciemno. Zajechaliśmy do McDonaldu po coś ciepłego do picia. Nie macie pojęcia, jak pyszna jest zwykła herbata, kiedy cały dzień piło się tylko wodę!
Jadąc, patrzyłam na gwiazdy. Szukałam znajomych mi konstelacji i znalazłam północ.
Kocham patrzeć w gwiazdy. Daje mi to poczucie tego, jak mali jesteśmy. Tego, że jesteśmy, jak ziarenko piasku w wielkim Kosmosie. Zawsze mam wrażenie, że gdzieś tam, miliardy, biliardy lat świetlnych stąd jest jakaś istota myśląca, która patrzy w ten sam punkt na niebie i też myśli o tym, że może ktoś gdzieś indziej jeszcze jest.
Stwierdzenie, że jesteśmy mali, bezsilni i nic nie wiemy o otaczającym nas świecie jest dość odważne, jeśli patrzeć na to z perspektywy dziesiątek, setek lat, kiedy potrafimy niemal całkowicie panować nad naturą, tworzyć swoje otoczenie z surowców, które sami zdobyliśmy. A jednak jest bardzo prawdziwe.
W końcu czym jest człowiek, czy nawet Ziemia w obliczu Słońca? A co dopiero Kosmosu? Czym jest nasze jako-takie panowanie nad naturą w konfrontacji z wielkim meteorytem czy wybuchem Słońca? Czym jest nasza wiedza, sięgająca nie najbliższych nam galaktyk wobec całego potężnego Kosmosu? Niczym.
Podróż była męcząca. Pomimo ciepłej herbaty, gwiazd i muzyki miałam jej dość. W dodatku nie mogłam zasnąć.
Kiedy dojechaliśmy do domu szybko rozpakowałam torebkę i dałam tacie aparat ze zdjęciami. Ten przegrał je na komputer i razem je przeglądaliśmy. Położyłam się pod kołdrą, ale znów nie mogłam usnąć. Napisałam więc do kolegi, który o tak późnych porach miał, tak, jak ja, zwyczaj słuchania muzyki.
Szybko dostałam odpowiedź. Na koncie miałam resztę pieniędzy, ale jutro i tak miałam zamiar doładować sobie konto, więc mogłam trochę przepuścić. Przed bankructwem uratował mnie sen kolegi, który z natury jest strasznym śpiochem.
Następnego dnia wiele jednak się od niego nie różniłam. Spałam do południa i zapewne spałabym dłużej, gdyby mama nie zadzwoniła, żeby wyciągnąć mnie ‘do ludzi’, a konkretniej do koleżanki, z której córką chodziłam do klasy. Mogłabym się pokusić o narzekanie na tę osobę, ale nie warto…
Wizyta nie wyglądała interesująco. Nigdy nie mogłyśmy znaleźć wspólnego języka. Najpierw koleżanka dokończyła sprzątanie, później pobawiłyśmy się z kotami i ogólnie- jej zwierzyńcem liczącym sobie 5 kotów, 2 psy i niezliczoną ilość rybek. Później wyszłyśmy na spacer po wiosce, w której mieszkała. Gdyby nie brzydka pogoda i zapach unoszący się wszędzie i przypominający, że tu tez się hoduje zwierzątka byłoby tu pięknie. Odludzie, jakie lubię, brak cywilizacji… cisza.
Ale tutaj było kiepsko.
Kiedy już wróciłyśmy do domu zauważyłam, że nie złożyłam łóżka. Jednak spoglądając przez okno i widząc noc, zrezygnowałam ze składania i wyścieliłam je ładnie. W końcu zaraz i tak będę się kłaść.
Standardowo najpierw zajęłam się pożeraniem książki i słuchaniem muzyki. Później weszłam na chwilę na G-G i porozmawiałam ze znajomym.
Oczywiście spać poszłam późno, nie potrafię szybko iść spać.
Zaczęłam pisać lekko książkowo. Ale to za nudne na książkowy styl pisania, nie teraz.
W piątek pojechałam do babci, a tam spędziłam cały weekend. Pogadałyśmy trochę, urzędowałyśmy w kuchni, czarując różne, ciekawe dania. Na poniedziałek wróciłam do domu, w końcu trzeba było iść do szkoły.
Tak, tak PRZE-PRA-SZAM! Tak, tak długo pisałam. Szczerze lekko mi się nie chciało, kiedy stracił mi się tekst po raz 5-ty. Ale się nie poddałam, dokończyłam! I obiecuję.. od następnego razu dla swojego spokoju będę pisać króciej. Jak piszę coś dłuższego to dłużej myślę, mniej piszę.. Ech i tak to wychodzi…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz