czwartek, 4 listopada 2010

Monotonia codzienności, czyli dzień z życia wyciągnięty

Pod wpływem bloga koleżanki, jej namowami do prowadzenia własnego bloga i szkolnej gazetki, gdzie miałam zamieścić swoją 'Kartkę z pamiętnika', zdecydowałam się opisać swój dzień.
Oczywiście mam nadzieję, że nie wyjdą mi 'flaki z olejem', a potencjalnych czytelników nie zniechęcę faktem, iż moja codzienność wielce różni się od codzienności takiego Harrego Pottera, czy innych postaci z książek. Wierzę jednak, że ubrane w odpowiednie słowa zdarzenia mogą przyciągnąć, wciągnąć i kiedyś w końcu oddać. Bo nie chcę nikogo wiązać!
No to zaczynamy!



Przyznaję się, jestem śpiochem, a w dodatku nocnym markiem.
Wieczorem książka pochłonęła mnie i nie chciała oddać w ręce błogiego snu, co sprawiło, iż straciłam rachubę czasu i głowę wtuliłam w poduszkę około godziny 23. Co nie znaczy, że od razu usnęłam, ojj nie. Standardowo puściłam swoją ulubioną składankę i rozmyślałam o minionym dniu. Tak czasu trochę zleciało. Nie powiem ile, nie mam manii patrzenia na zegarek przed spotkaniem z Morfeuszem.
 Moje nocne sesje książkowe i muzyczne źle wpływają jednak na wstawanie. Zazwyczaj olewam budzik albo naciągam czas wstawania do granic swoich szybkościowych możliwości.
Co jak co, ale szkołę cenię nad łóżko. Ale, co muszę przyznać, muzykę cenię nad szkołę. Sprawia to, że zaraz po wyczołganiu się z łóżka włączam komputer i muzykę. Tak lepiej mi się rozbudzić.
Jeśli jestem już przytomna na tyle, że nie pomylę lodówki z półką z perfumami(bo to byłaby tragedia) idę odświeżyć się po nocce. Tradycyjnie po tym wciągam na siebie jakieś jeansy, które spinam paskiem i bluzkę, która wpadnie mi w ręce, ewentualnie sweter. Prawie jak u rasowego faceta porannym rytuałem jest szukanie dwóch takich samych skarpetek, które pasowałyby zarówno do siebie, jak i do mojego gustu, który co dzień jest inny.
Wiem już, że lodówka nie zawiera dezodorantów, a przynajmniej półka z perfumami nie zawiera keczupu, więc zabieram się za robienie śniadania. A to zależy od tego, jak bardzo jestem leniwa. Zazwyczaj jest to jedna kanapka 'na teraz' i jedna 'do szkoły'. Dzisiaj jednak zdobyłam się na moje danie popisowe- jajecznicę z makaronem.
W czasie, kiedy makaron się gotował, ja, zwyczajem swym może niepoprawnym, zaczęłam pakować książki. Mi najlepiej wychodzi to rano, bo jak pakuję się wieczorem to połowy rzeczy zapominam. Taka moja natura.
Ciągle towarzyszyła mi muzyka, zabrałam się za odcedzanie makaronu i smażenie reszty składników jajecznicy. Gdy była już gotowa usiadłam przy biurku i szybko zjadłam swoje śniadanie. Było już po siódmej, a ja o 7:30 wychodziłam z domu. Choć... ta godzina jest dość 'umowna’. Po drodze przypomni mi się o nakarmieniu kota i stu tysiącach innych rzeczy do zrobienia, co opóźnia moje wyjście. Nigdy jednak nie spóźniłam się jeszcze do szkoły.
Szkoła... Ach! Szkoła... Dla mnie do zarówno zabawa jak i męczarnia, jak zresztą dla wszystkich jak mniemam. Jednak u mnie dzieli się to nieco inaczej. Ogólnie jestem osobą dziwną i wiem, że dużo osób o tym wie. Przykładem nauczycielka francuskiego, mówiąc o strachu przed sprawdzianem dodaje na końcu 'Przynajmniej dla większości', z uśmiechem patrząc w moją stronę.
A więc dla mnie zabawą są lekcje. Lubię wszystkie przedmioty, choć z niektórych mi nie idzie. Ale lubię się uczyć, a największą zabawę sprawia mi postrzeganie zwykłej codzienności przez pryzmat rzeczy, których się nauczyłam: wzorów, reguł itp. Zabawą dla mnie jest to, że koledze na matematyce zarówno procenty jak i promile kojarzą się jedynie z alkoholem, że nauczycielka, jak to człowiek, przejęzyczy się czasem, z czego wynikają śmieszne sytuacje czy to, że w klasie mam kilka osób, które nie potrafią wytrzymać lekcji, żeby się gdzieś nie wciąć i nie spróbować rozśmieszyć całej klasy.
Męczarniami zaś są przerwy, lekcje na zastępstwach i rozmowy z osobnikami X, które wprowadzają mnie w stan nerwicowy. Wiadomo, że czasem fajnie jest się z kimś ze starej klasy spotkać, ale i tak, moim zdaniem, 10 minut przerwy to stanowczo za dużo.
Ale wróćmy do środy. Na tych trzech lekcjach nie potrzeba nam tyle sprawnego umysłu, co rozpisanej ręki, ponieważ zapisujemy swoim koślawym pismem mnóstwo stron, często niewiele przy tym myśląc, bo nauczycielki bywają tak łaskawe, że dyktują z ortografią.
Po zajęciach w szkole wędrujemy na basen. Ja pływać nie umiem, do czego się przyznaję. Ba! Ja się wody boję... Ale na basen bez marudzenia do tydzień maszeruję.
Do domu zwykłam po basenie wracać 'na okrętkę' przez osiedle, oczywiście ze słuchawkami w uszach.
Gdy szczęśliwie dotrę pod drzwi i trafię kluczem w dziurkę to, po zrzuceniu płaszcza i butów, maszeruję do lodówki i szukam czegoś nadającego się do zjedzenia, przynajmniej częściowo... Tak, żeby można było z tego coś skleić.
Tym razem najzwyczajniej nie chciało mi się wymyślać żadnych eksperymentalnych posiłków, więc stanęło na bułce z szynką i keczupem.
A ogólnie to gotuję sama. I wcale nie dlatego, że mamuś nie chce ugotować mi obiadu, a dlatego, że poznałam moc przypraw i spodobało mi się urzędowanie w kuchni, wśród garnków i muzyki z RMF’u, nie zawsze do końca mi się podobającej. Wychodzą mi z tego urzędowania takie wynalazki, jak jajecznica z makaronem, co wbrew pozorom jest całkiem smaczne.
Ale teraz się nie popisałam. Zresztą, do obiadu miałam jeszcze czas.
Swoje kanapki wcinałam w akompaniamencie muzyki i przeglądając strony internetowe. Musiała jeszcze do torby spakować francuski i zeszyt na kółko dziennikarskie, bo właśnie na te zajęcia dodatkowe wracam do szkoły.
Do szkoły, pod salę trafiłam akurat na lekcyjny dzwonek. Na francuski chodzą ‘tłumy’ a mianowicie ja, koleżanka z klasy i czasami kolega z klasy równoległej. Tym razem nie przyszedł, żartowałyśmy więc, że pewno się jej wystraszył, bo chodzi ona na karate.
Jak już przetrwałam łączenie wujków z mamami i ciocie rodzaju męskiego, wdrapałam się po schodach i, nie gubiąc się już w labiryntach korytarzy, dotarłam pod salę kółka dziennikarskiego. Na nim omówiliśmy strategię na następny numer. Zostałam kronikarzem wydarzeń szkolnych.
Tym razem do domu poleciałam prosto, bo zgłodniałam, jak na francuskim rozmawialiśmy o jedzeniu.
W domu czas wlókł się powoli. Mama ugotowała pyszne łazanki, które wspólnie zjedliśmy przy ciekawym filmie. Rodzice wrócili wcześniej ode mnie, zrobili więc zakupy i wypożyczyli film.
Kiedy odrobiłam lekcje, usiadłam przy komputerze. Nie było nikogo na mojej liście kontaktów Gadu-Gadu, więc zabrałam się za czytanie książki o filozofii. Wkrótce jednak napisałam do mnie koleżanka ze starej klasy.
To dla mnie nieco dziwne… Będąc razem w klasie nie zdarzało się, aby ktoś rozmawiał ze mną, żeby dowiedzieć się, co u mnie słychać.  Najwidoczniej stęsknili się za mną. Szkoda, że tak późno. Ale lepiej późno niż wcale.
Wkrótce tato zaczął upominać mnie, że jest już po 21 i trzeba zbierać się spać.
Jak już pisałam, to, że grzecznie leżę w łóżku, nie znaczy wcale, że śpię. Tradycyjnie słuchałam dobrej muzyki i czytałam znakomitą książkę. Później, kiedy oczy odmówiły dalszego czytania, leżałam i rozmyślałam o tym, co może się jutro zdarzyć…
I usnęłam. Nawet nie wiem, kiedy. Oczywiście rano znów miałam problemy ze wstawaniem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz