Był zimowy wieczór. We wszystkich domach paliły się światła a z kominów ulatywał dym. Choć główna uliczka we wsi była pusta, czuć było, że w rzeczywistości domy tętnią życiem.
Stąd dochodził zapach pieczonego chleba, tutaj śmiech dzieci wesoło rozbrzmiewał w jednym z pokoi, tu zaś czuło się zapach szarlotki, studzącej się na oknie.
Przez dróżkę bezszelestnie przebiegł czarny kot, na tle nocy odznaczający się jedynie złotymi, świecącymi oczami. Skierował się do domku stojącego na uboczu, starego już, choć dobrze zadbanego. Wskoczył na ławkę znajdującą się przed oknem do kuchni i zamiauczał. Nie minęła minuta, kiedy okno otworzyła na oko 10- letnia dziewczynka. Miała brązowe włosy zaplecione były w dwa warkoczyki, a ubrana była w różową sukienkę z długimi, szerokimi rękawami. Wpuściła go do środka.
Pobiegł razem z nią do salonu, gdzie w kominku palił się ogień nadając pomieszczeniu przytulny wygląd. Pokój urządzony był skromnie- kanapa, niska ława, na której stała miska z dopiero upieczonymi ciasteczkami, puszysty dywan, gdzie siedziała już czwórka dzieci i do których dołączyła dziewczynka z kotem, oraz fotel bujany na którym w zamyśleniu, z kocem na kolanach kołysała się starowinka. Dzieci patrzyły na nią z wyczekiwaniem, o tej porze zawsze opowiadała im bajki.
-Babciu! Opowiedz nam jakąś bajkę!- ciszę przerwał najmłodszy z całego grona, niecierpliwy chłopiec. Miał czarną czuprynę i mądre, zielone oczy.
-Stasiek, Stasiek.. jakiś ty niecierpliwy... - skarciła chłopca dziewczynka, która otworzyła okno kotu. - Babcia się zastanawia...
Starowinka zaśmiała się, potrząsając swoimi srebrnymi lokami i otworzyła oczy:
-Dziś opowiem wam niezwykłą historię. Nie do końca bajkę, ale zapewne będzie równo fascynująca- jej spokojny głos łączył się z trzaskającym ogniem.
Był niczym szum trawy na łące, śpiew słowika za oknem... Jak budząca się do życia wiosna, radosna, pełna życia, kolorów... Dzieci nigdy nie przeszkadzały babci, jak coś opowiadała. W ich małych główkach jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawiały się żywe, kolorowe obrazy, przedstawiające akcję opowiadaną przed babcię. W każdej głowie inne, a jednak te same.
-Wiecie, niektórzy wierzą, że poza Ziemią i Układem Słonecznym istnieją inne światy, na których znajduje się życie- podjęła po chwili zamyślenia. - O ile moim zdaniem bajki o zielonych UFO- ludkach z przerośniętymi głowami i pustymi, czarnymi oczodołami nie są godne uznania, tak możliwość istnienia istot fizycznie do nas podobnych zdaje się już bardziej prawdopodobna..
Otóż bajka, którą wam opowiem będzie właśnie o jednym z takich światów, a konkretniej o układzie zwanym Układem Drugiej Rzeczywistości, jak nazwano główną gwiazdę tego Układu. Czemu drugiej? Ponieważ istoty tam żyjące Rzeczywistością nazywały, tak jak i my, to, co się wokół nich działo, a że Gwiazdę uznawali jako życiodajną energię, bez której nie mogli by żyć, nadali jej taką właśnie nazwę.
Pomimo jednak faktu, iż istoty żyjące na tamtejszych planetach były do nas bardzo podobne, różniły się jednak nieco wyglądem i znacznie stylem postrzegania świata, stylem bycia.
Wierzyły one jednak bowiem w życie po śmierci. W to, że jeśli ktoś umrze czeka na swojego następce, po czym naucza go i w chwili jego narodzin puszcza do rodziców, sam udając się na wieczny spoczynek.
Dziecko nauczone w ten sposób posiada własne zdolności, które musi w sobie odkryć...
-Ale jak to?! Przecież najpierw ktoś zmarły naucza, więc dziecko powinno to umieć od urodzenia!- oburzonym głosem przerwała opowieść jedna z dziewczynek, rudowłosa Zuza, nieco starsza od Stasia.
-Babcia nam kitów nie wciska?- Zapytał znów Stasiu, ośmielony wybuchem siostry. Staruszka zaśmiała się ponownie, potrząsając siwymi lokami. Przypominała wtedy dziewczynkę, jej łagodne rysy twarzy, słodki śmiech..
-Z powodu nieskoordynowanych...- nie zdążyła dokończyć.
-Nieskoo..-co? - Nie rozumiał nadal Stasiu.
-Nie -sko -or -dy -no -wa -nych... Znaczy się, że niezgrabnie stawia nóżki.. Jak mały kociaki, co się w szopie urodziły i nie potrafiły chodzić! - Wytłumaczyła Marysia, nieco znużonym tonem.
-Tak, właśnie tak. A więc z powodu tych niezgrabnych ruchów, krótkich rączek i nóżek, niemowlak nie mógł jeździć na koniu, dlatego, że nie miał ząbków nie potrafił wymawiać zaklęć.. Musiał się tego nauczyć. A haczyk jest w tym, że jak już się nauczył to większości zapomniał..
-Ee to taka nauka jest niepotrzebna. No bo jak to? Najpierw się uczy, później nie może wykorzystać, a jak już może to nie pamięta...- Janek siedzący dotąd cicho nie był w stanie ogarnąć braku logiki w opowieści babci.
-Jasiu, Jasiu... Kiedy dziecko odkryje istnienie przykładowo zaklęć, przypominają mu się nauki jego Mistrza. Odkrywa je stopniowo, ażeby nie spowodować katastrofy błędnie wypowiedzianym zaklęciem. Wszystko powoli. Nie od razu Rzym zbudowano.