poniedziałek, 27 września 2010

Nieforemnie 1

Chciała zostawić za sobą wspomnienia. Odlecieć niczym ptak na skrzydłach fantazji. Chciała poczuć, jak wszystko ją opuszcza, jak zostaje pustka, która nic nie znaczy. Pustka, którą można wypełnić, pusta kartka,  gęsie pióro, inkaust. Chciała stać się bohaterką własnej książki. Jednej z tych, w których uwielbiała bohaterkom nadawać boskie życie i zdolności. W której każda strona kończyła się happy endem, żeby na następnej znów wpaść w dołek złości.
Pisała małymi literami. Strona a4 zdolna była pomieścić cały dzień.
Często czarny długopis rozmazywały krople łez, które nie wpełzły do jej ust. Zimne, słone, niczym kryształki lodowe. Piekące w oczy. Nie do powstrzymania.
Kilka razy chciała napisać. Do kogokolwiek, po cokolwiek. Żeby myśleć o czymś innym, żeby zapomnieć. Za każdym razem kasowała wypowiedź, stwierdzając, że lepiej poradzi sobie sama.
Chciała wrócić do statusu szarej myszki, samotnej, nie lubianej, która miała tylko koty i swoją wyobraźnię. Widziała, że zbyt uzależniła si od kontaktu z innymi, od ciepłych słów, mądrych rozmów czy choćby zwykłych, o wszystkim i o niczym.
Chciała wrócić do obojętności, która nie zauważała, że jeden z  drugim grają 24 godziny na dobę, nie siląc się na jakikolwiek  z nią kontakt.
Chciała zapomnieć o zeszłych wakacjach, które przyniosły jej radość, kogoś, komu zaufała. Kogoś, kto ją zranił.

niedziela, 26 września 2010

Wiersze

Wiersze pisałam jako dziaciak. Są więc utrzymane w dziecięcym postrzeganiu świata...




„Jesienny poranek”

Nadchodzi jesień złota,
i choć jest trochę błota,
to my jesień kochamy,
i dobre humory mamy.
Bo jest w około pięknie, kolorowo,
choć czasem trochę srogo,
i zdarzy się trochę błota,
Ale i tak jest pięknie, że aż śpiewać się chce!




„Poranne zorze”

Gdy ranne wstają zorze,
i słońce budzi nas,
Choć myszki takie małe wciąż podziwiają świat.
A on choć nie ma słów,
Z nami figlować by pewno chciał.
Lecz każdy wie, że lepiej,
się słońce ma na niebie,
bo widzi ów świat z góry.
I tak się kończy wiersz,
 o porannych zorzach też;)




„Stiluś”

Gdy rano otwieram oczy,
On zawsze przy mnie jest.
I nikt mu nie podskoczy,
Bo taki potężny z niego kociak jest.

Futerko szare jak ze stali,
Oczy bursztynowe.
Chodząc po całym domu,
Zamiata kurze ogonem.

Mój mały kochany Stiluś,
Choć już kociakiem nie jest,
Bawi się myszką z Natulą,
I przymila do właścicieli.
 

Powiew historii

Autentyczne opowiadanie. Zapraszam do lektury.


Był rok 1904. Antoni podczas zaboru Rosyjskiego został pojmany i zaciągnięty do Armii Carskiej, do Mandżurii, około 8 tys. kilometrów od ojczyzny. Na ten okres przypadała też wojna Rosyjsko- Japońska.
Pewnego dnia, razem z czterema innymi ochotnikami z przymusu, został wysłany na patrol we wrogie strony, skąd nie wracał żaden oddział.
Spryt polaków okazał się asem w tej potyczce. Rodacy zdemaskowali czyhających na nich Japończyków i rozprawili się z nimi, wychodząc ze starcia zwycięsko. Po powrocie do obozu, Antoni za ten wyczyn został odznaczony.
Parę dni później nadeszła wiadomość o chorym członku rodziny Antoniego. Ponieważ zasłużył się w Armii, dostał 4-dniowy urlop. Jednak te kilka dni to za mało żeby przebyć trasę z Mandżurii do Polski i z powrotem, nawet pociągiem. Ale Antek był żołnierzem sprytnym, więc na te 4 dni wziął ze sobą jeszcze czterech kompanów i wyruszyli na 'wycieczkę po okolicach', czyli uciekli z obozu.
Zapewne sądzono, że rozstrzelali ich Japończycy, może wysyłano za nimi patrole, albo stwierdzono po prostu, że kolejni głupcy w przypływie patriotyzmu dali się rozstrzelać.
Naszych pięciu uciekinierów, zapewne znakomicie obeznanych z terenem i przeróżnymi mapami, powoli posuwało się w stronę ojczyzny.  Wytrzymywali upalne lata i srogie zimy, jedli wszystko, co do jedzenia się nadawało. Prawie wszystko.
Pewnego dnia, zapewne pod koniec sierpnia, udało im się upolować bociana. Czterej towarzysze  Antoniego zajadali się jego mięsem upieczonym na ognisku.
-Antek, a ty czemu nie jesz?- spytał jeden z nich.
-Mogę dziś obejść się bez jedzenia, ale naszego polskiego boćka nie tknę!- padła odpowiedź pełna mocy i zdawać by się mogło- głupoty.  A może był to porostu powiew ojczyzny, który dodał mu sił i podniósł na duchu i stwierdził, że polski bociek nie może po prostu wylądować w jego żołądku?
I Antoś boćka nie zjadł.
Tak więc w tych ekstremalnych warunkach, jedząc co się do jedzenia nadawało(prócz boćków), w poszarpanych ubraniach, pośród nieznanych lądów i ludów powoli zmierzali do celu. Nie wszystkim jednak było dane ucałować polską ziemię.
Udało się dwóm. Mojemu pra- pradziadkowi, Antoniemu i jednemu z jego towarzyszy, którego imię i nazwisko, uważane za nieistotne, umknęło nietrwałej pamięci przekazów ustnych.
Bohaterów nie należy szukać daleko, bo bohaterami swojego losu jest każdy z nas. Nie ma rzeczy niemożliwych. Są jedynie rzeczy trudne, do których wykonania potrzebna jest determinacja i silna wola.

O mnie

Zamieszczam link do pobrania opowiadania o mnie. To dłuższy tekst i zapewne niewygodnie czytałoby się go z bloga. Za utrudnienia przepraszam...


http://www.sendspace.pl/file/a2eb6aa7912add38ec3082a

Opowiadanie o Hazel, cz 1

Stojąc w oknie i patrząc na księżyc obracała w dłoni niebieską kulkę w której mieniły się wydarzenia z całego dnia. Ze złością ścisnęła ją- wspomnienia rozsypały się po podłodze szukając siebie nawzajem. Wiedziała, że wrócą...
Szybko jednak otrząsnęła się. Przywołała do siebie błękitne krople i z powrotem uformowała z nich kulę. Kula lewitowała nad jej ramieniem, rzucając łagodną poświatę.
Wyszła na korytarz i skierowała się do biblioteki ze wciąż podążającą za nią kulą.
W zamyśleniu przeglądała karty starych ksiąg w poszukiwaniu właściwego czaru. Po długoch poszukiwaniach znalazła wreszcie zaklęcie teleportacji.
Nigdy wcześniej go nie używała, ale była zdesperowana. Bez namysłu wymówiła formułę i teleportowała się. Został po niej ślad na posadzce i kula. Ta zgasła już i poleciała na szafkę nocną. Czekała na nią.

Teleportacja nie była uczuciem miłym. Po dotknięciu stopami podłoża, ugięły się pod nią nogi. Zwymiotowała.
Wśród nocnej ciszy i pohukiwaniu sów wyłowiła odgłos stawianych kroków. Podniosła się z kolan i przy szeleście sukni na wietrze wyszeptała zaklęcie znikania.
W samą porę. Chwilę później na zakręcie pojawiła się ciemna postać na tle księżyca. Nie sposób było dostrzec jej rysy twarzy z powodu słabego światła. Postać zaczęła się zbliżać, najwidoczniej nie słyszała, jak Hazel się teleportowała.
Postać szła pewnie. Była już bliżej, więc można było powiedzieć, że jest to młody mężczyzna średniego wzrostu. Jego oczy bacznie obserwowały alejkę.
Hazel dopiero teraz obejrzała teren, na którym się znalazła. Stała pośrodku alejki w parku. Po obu stronach w równych odstępach stały drewniane ławki. Lampy były, owszem, ale ustawione daleko od siebie dawały nikłe światło.
Park był zadbany, trawniki skoszone, krzaki żywopłotu przystrzyżone na fantazyjne kształty, liczne i różnorodne drzewa, wszystko pięknie ze sobą współgrało.
A jednak coś w tym malowniczym miejscu jeżyło włosy na karku. Postać też to wiedziała. Tajemniczy mężczyzna wiedział jednak, co jest tym 'czymś', bał się tego a jednak dzielnie szedł na spotkanie z tajemniczym 'czymś'.
Mężczyzna podszedł bliżej, zatrzymał się w pewnej odległości od Hazel. Wiedziała jednak, że to nie ona jest obiektem jego zainteresowania. Było to 'coś' czego nie widziała i jeszcze nie wyczuła.
Tym razem to ona zbliżyła się do postaci. Niewidoczna i bezszelestna musiała jedynie uważać na dotyk.
Obeszła go, próbując wyłapać szczegóły. Teraz, gdy padał na niego nikły blask latarni była zdolna zobaczyć więcej.
Mężczyzna miał brązowe włosy, ścięte niezbyt krótko i zawadiacko zmierzwione przez wiatr. Głębokie, niebieskie, niczym głębia oceanu, oczy próbowały przeniknąć ciemność. Nosił okulary. Delikatne rysy twarzy świadczyły o tym, że jest młodszy niż przypuszczała. Krótki nos był skierowany ku dołowi, gdyby nie to, że był dość szeroki, przywodziłby na myśl dziób ptaka. Jego wargi, ułożone bez wyrazu miały kolor płatków różowej róży. Cała jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Nie dostrzegła na niej ani śladu zdenerwowania.
Świadczył o tym tylko przyspieszony oddech, który czuła teraz na policzku i przyspieszone bicie serca, które usłyszałaby na kilometr.
W krzakach w kierunku których patrzył chłopak coś się poruszyło. Równocześnie wstrzymali oddech czekając na to, co miało stać się za chwilę. Z krzaków coś wyskoczyło. Było wzrostu dorosłego człowieka, dorosłym człowiekiem zresztą było. A konkretniej, było kobietą. W średnim wieku, tym razem nie musiała już zgadywać, kobieta stanęła tak, by było ją dokładnie widać.
Hazel odeszła od chłopaka, nie spuszczając oczu z kobiety. Nie podobała jej się. Miała zgrabną figurę klepsydry, długie blond włosy. Czarne, lateksowe wdzianko opinało się na jej krągłościach. Wydawała się być bezbronną, na pierwszy rzut oka, ale jak się przyjrzeć to za paskami przy udach tkwiły sztylety. Przygotowała się na powstrzymanie ostrych ostrzy.
-Kogo my tu mamy?- bawiąc się sprzączką przy pasku przerwała ciszę. -Dwa ptaszki w jednej klatce...
Chłopak był zdezorientowany. Nie wiedział o jakiej drugiej osobie mówi kobieta. Hazel wiedziała. Wiedziała, że to był podstęp.
-O..o czym mówisz?- najwyraźniej był z nią na ty, ale bał się jej. -Jestem tu sam...- głos mu drżał.
-Mówię o twojej wróżce, nie udawaj głupiego! Kontaktujesz się z nią od jakiegoś czasu. Nie udało mi się niestety przechwycić treści tych rozmów- miała okropny głos. Groźny, skrzeczący.- A teraz dziwnym trafem, kiedy jesteś zagrożony ta teleportuje się we właściwe miejsce, znika i czeka na rozwój wydarzeń! Pokaż się, niezdaro, czarodziejko od siedmiu boleści!

Zimowe opowiadanie, część 1

Był zimowy wieczór. We wszystkich domach paliły się światła a z kominów ulatywał dym. Choć główna uliczka we wsi była pusta, czuć było, że w rzeczywistości domy tętnią życiem.
Stąd dochodził zapach pieczonego chleba, tutaj śmiech dzieci wesoło rozbrzmiewał w jednym z pokoi, tu zaś czuło się zapach szarlotki, studzącej się na oknie.
Przez dróżkę bezszelestnie przebiegł czarny kot, na tle nocy odznaczający się jedynie złotymi, świecącymi oczami. Skierował się do domku stojącego na uboczu, starego już, choć dobrze zadbanego. Wskoczył na ławkę znajdującą się przed oknem do kuchni i zamiauczał. Nie minęła minuta, kiedy okno otworzyła na oko 10- letnia dziewczynka. Miała brązowe włosy zaplecione były w dwa warkoczyki, a ubrana była w różową sukienkę z długimi, szerokimi rękawami. Wpuściła go do środka.
Pobiegł razem z nią do salonu, gdzie w kominku palił się ogień nadając pomieszczeniu przytulny wygląd. Pokój urządzony był skromnie- kanapa, niska ława, na której stała miska z dopiero upieczonymi ciasteczkami, puszysty dywan, gdzie siedziała już czwórka dzieci i do których dołączyła dziewczynka z kotem, oraz fotel bujany na którym w zamyśleniu, z kocem na kolanach kołysała się starowinka. Dzieci patrzyły na nią z wyczekiwaniem, o tej porze zawsze opowiadała im bajki.
-Babciu! Opowiedz nam jakąś bajkę!- ciszę przerwał najmłodszy z całego grona, niecierpliwy chłopiec. Miał czarną czuprynę i mądre, zielone oczy.
-Stasiek, Stasiek.. jakiś ty niecierpliwy... - skarciła chłopca dziewczynka, która otworzyła okno kotu. - Babcia się zastanawia...
Starowinka zaśmiała się, potrząsając swoimi srebrnymi lokami i otworzyła oczy:
-Dziś opowiem wam niezwykłą historię. Nie do końca bajkę, ale zapewne będzie równo fascynująca- jej spokojny głos łączył się z trzaskającym ogniem.
 Był niczym szum trawy na łące, śpiew słowika za oknem... Jak budząca się do życia wiosna, radosna, pełna życia, kolorów...  Dzieci nigdy nie przeszkadzały babci, jak coś opowiadała. W ich małych główkach jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawiały się żywe, kolorowe obrazy, przedstawiające akcję opowiadaną przed babcię. W każdej głowie inne, a jednak te same.
-Wiecie, niektórzy wierzą, że poza Ziemią i Układem Słonecznym istnieją inne światy, na których znajduje się życie- podjęła po chwili zamyślenia. - O ile moim zdaniem bajki o zielonych UFO- ludkach z przerośniętymi głowami i pustymi, czarnymi oczodołami nie są godne uznania, tak możliwość istnienia istot fizycznie do nas podobnych zdaje się już bardziej prawdopodobna..
 Otóż bajka, którą wam opowiem będzie właśnie o jednym z takich światów, a konkretniej o układzie zwanym Układem Drugiej Rzeczywistości, jak nazwano główną gwiazdę tego Układu. Czemu drugiej? Ponieważ istoty tam żyjące Rzeczywistością nazywały, tak jak i my, to, co się wokół nich działo, a że Gwiazdę uznawali jako życiodajną energię, bez której nie mogli by żyć, nadali jej taką właśnie nazwę.
Pomimo jednak faktu, iż istoty żyjące na tamtejszych planetach były do nas bardzo podobne, różniły się jednak nieco wyglądem i znacznie stylem postrzegania świata, stylem bycia.
Wierzyły one jednak bowiem w życie po śmierci. W to, że jeśli ktoś umrze czeka na swojego następce, po czym naucza go i w chwili jego narodzin puszcza do rodziców, sam udając się na wieczny spoczynek.
Dziecko nauczone w ten sposób posiada własne zdolności, które musi w sobie odkryć...
-Ale jak to?! Przecież najpierw ktoś zmarły naucza, więc dziecko powinno to umieć od urodzenia!- oburzonym głosem przerwała  opowieść jedna z dziewczynek, rudowłosa Zuza, nieco starsza od Stasia.
-Babcia nam kitów nie wciska?- Zapytał znów Stasiu, ośmielony wybuchem siostry. Staruszka zaśmiała się ponownie, potrząsając siwymi lokami. Przypominała wtedy dziewczynkę, jej łagodne rysy twarzy, słodki śmiech..
-Z powodu nieskoordynowanych...- nie zdążyła dokończyć.
-Nieskoo..-co? - Nie rozumiał nadal Stasiu.
-Nie -sko -or -dy -no -wa -nych... Znaczy się, że niezgrabnie stawia nóżki.. Jak mały kociaki, co się w szopie urodziły i nie potrafiły chodzić! - Wytłumaczyła Marysia, nieco znużonym tonem.
-Tak, właśnie tak. A więc z powodu tych niezgrabnych ruchów, krótkich rączek i nóżek, niemowlak nie mógł jeździć na koniu, dlatego, że nie miał ząbków nie potrafił wymawiać zaklęć.. Musiał się tego nauczyć. A haczyk jest  w tym, że jak już się nauczył to większości zapomniał..
-Ee to taka nauka jest niepotrzebna. No bo jak to? Najpierw się uczy, później nie może wykorzystać, a jak już może to nie pamięta...- Janek siedzący dotąd cicho nie był w stanie ogarnąć braku logiki w opowieści babci.
-Jasiu, Jasiu... Kiedy dziecko odkryje istnienie przykładowo zaklęć, przypominają mu się nauki jego Mistrza. Odkrywa je stopniowo, ażeby nie spowodować katastrofy błędnie wypowiedzianym zaklęciem. Wszystko powoli. Nie od razu Rzym zbudowano.

Wstęp

Nie od dziś piszę, fakt. Ale od niedawna zaczęłam myśleć o blogu z tym, co piszę. No i jest.
Właściwie pomysł podsunęła mi koleżanka po przeczytaniu kilku opowiadań. Dziękuję, Dajana ;)
Od razu zaznaczę, że nie każdemu pewno spodoba się mój styl pisania. No i trudno, ja na uszach stawać nie będę, żeby się każdemu jednemu spodobało.
Ale mam nadzieję, że się spodoba.
Zachęcam więc do czytania kolejnych opowiadań i mam nadzieję, że nie stanę nagle i nie stwierdzę, że wyczerpał mi się limit opowiadań do napisania ;)Nie od dziś piszę, fakt. Ale od niedawna zaczęłam myśleć o blogu z tym, co piszę. No i jest.
Właściwie pomysł podsunęła mi koleżanka po przeczytaniu kilku opowiadań. Dziękuję, Dajana ;)
Od razu zaznaczę, że nie każdemu pewno spodoba się mój styl pisania. No i trudno, ja na uszach stawać nie będę, żeby się każdemu jednemu spodobało.
Ale mam nadzieję, że się spodoba.
Zachęcam więc do czytania kolejnych opowiadań i mam nadzieję, że nie stanę nagle i nie stwierdzę, że wyczerpał mi się limit opowiadań do napisania ;)