niedziela, 26 września 2010

Powiew historii

Autentyczne opowiadanie. Zapraszam do lektury.


Był rok 1904. Antoni podczas zaboru Rosyjskiego został pojmany i zaciągnięty do Armii Carskiej, do Mandżurii, około 8 tys. kilometrów od ojczyzny. Na ten okres przypadała też wojna Rosyjsko- Japońska.
Pewnego dnia, razem z czterema innymi ochotnikami z przymusu, został wysłany na patrol we wrogie strony, skąd nie wracał żaden oddział.
Spryt polaków okazał się asem w tej potyczce. Rodacy zdemaskowali czyhających na nich Japończyków i rozprawili się z nimi, wychodząc ze starcia zwycięsko. Po powrocie do obozu, Antoni za ten wyczyn został odznaczony.
Parę dni później nadeszła wiadomość o chorym członku rodziny Antoniego. Ponieważ zasłużył się w Armii, dostał 4-dniowy urlop. Jednak te kilka dni to za mało żeby przebyć trasę z Mandżurii do Polski i z powrotem, nawet pociągiem. Ale Antek był żołnierzem sprytnym, więc na te 4 dni wziął ze sobą jeszcze czterech kompanów i wyruszyli na 'wycieczkę po okolicach', czyli uciekli z obozu.
Zapewne sądzono, że rozstrzelali ich Japończycy, może wysyłano za nimi patrole, albo stwierdzono po prostu, że kolejni głupcy w przypływie patriotyzmu dali się rozstrzelać.
Naszych pięciu uciekinierów, zapewne znakomicie obeznanych z terenem i przeróżnymi mapami, powoli posuwało się w stronę ojczyzny.  Wytrzymywali upalne lata i srogie zimy, jedli wszystko, co do jedzenia się nadawało. Prawie wszystko.
Pewnego dnia, zapewne pod koniec sierpnia, udało im się upolować bociana. Czterej towarzysze  Antoniego zajadali się jego mięsem upieczonym na ognisku.
-Antek, a ty czemu nie jesz?- spytał jeden z nich.
-Mogę dziś obejść się bez jedzenia, ale naszego polskiego boćka nie tknę!- padła odpowiedź pełna mocy i zdawać by się mogło- głupoty.  A może był to porostu powiew ojczyzny, który dodał mu sił i podniósł na duchu i stwierdził, że polski bociek nie może po prostu wylądować w jego żołądku?
I Antoś boćka nie zjadł.
Tak więc w tych ekstremalnych warunkach, jedząc co się do jedzenia nadawało(prócz boćków), w poszarpanych ubraniach, pośród nieznanych lądów i ludów powoli zmierzali do celu. Nie wszystkim jednak było dane ucałować polską ziemię.
Udało się dwóm. Mojemu pra- pradziadkowi, Antoniemu i jednemu z jego towarzyszy, którego imię i nazwisko, uważane za nieistotne, umknęło nietrwałej pamięci przekazów ustnych.
Bohaterów nie należy szukać daleko, bo bohaterami swojego losu jest każdy z nas. Nie ma rzeczy niemożliwych. Są jedynie rzeczy trudne, do których wykonania potrzebna jest determinacja i silna wola.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz