A więc... Wiem, że może was denerwować fakt, iż nie da się tu po normalnemu napisać komantarza, więc przenoszę się na onet...
Oto link do nowego bloga
Są tu wszystkie notki ;)
sobota, 27 listopada 2010
piątek, 26 listopada 2010
Piątek i wspaniała matematyka
Lubię piątki. Nie tylko ze względu na to, że kończy się tydzień. W piątek mamy dużo lekcji, ale da się je znieść, a w dodatku jest mało zadawane.
Choć.. U nas matematyka, przykładem, zawsze jest na wesoło. Taka nasza klasa, choć nieco sztywna, matematyczne żarty bawią ją bardzo.
Dziś także nie zabrakło trochę śmiechu. Zacznijmy od początku lekcji.
Zawsze to ja ścieram tablicę i zapisuję nowy temat. Choć mamy dyżurnych, ci pojawiają się dopiero, jak jakaś nauczycielka wzywa ich do siebie, a później każe sprzątać pod salą lekcyjną. W złym momencie się pojawiają, ale trudno.
Zanim zdążyłam zetrzeć tablicę do końca, nauczycielka poprosiła mnie o zapisanie tematu, więc, wciąż trzymając gąbkę, uczyniłam to. Kiedy już kończyłam, koleżanka uparła się, aby wytrzeć tablicę za mnie. Przekornie kurczowo trzymałam się gąbki. Po kilku sekundach ‘siłowania się’ koleżanka uciekła się do drastycznych sposobów odebrania mi gąbki: najprościej w świecie mnie ugryzła. Swoim zwyczajem i specjalnie piskliwym głosem stwierdziłam ‘Proszę pani! Ona mnie ugryzła!’. Oczywiście wywołało to śmiech zarówno w klasie jak i u nauczycielki. Dobry początek lekcji.
Dalej było zapisywanie zadań, przy którym to działaniu wywiązał się taki dialog między dwojgiem uczniów i nauczycielką(jędną z moich ulubionych nauczycielek, panią Mirabelką):
-Proszę pani! A my czwarte i piąte z Maćkiem zrobiliśmy …- odezwał się jeden z nich, nazwijmy go Bartkiem.
- O, świetnie!
-Na polskim… - dokończył Bartek.
-Och…- pani lekko zmieszana, klasa w śmiech.
-Mogłeś tego nie mówić… - udawanym szeptem stwierdził Maciek.
-Ja was nie ogarniam- stwierdza nauczycielka. – Już nie wiem, czy gorsze jest pogryzienie czy zadanie zrobione na polskim…
-Pogryzienie! Mogłam dostać zakażenia.. – wtrąciłam swoje trzy grosze.
I znów śmiech w klasie.
Do około połowy lekcji wszystko przebiegało normalnie, aż kolega z tyłu, nazwijmy go Markiem, dźgnął mnie długopisem w plecy.
-Zrobiłaś już piąte?- spytał, kiedy się odwróciłam. Razem z ławkowym towarzyszem, Krystianem, byli już lekko rozbawieni moją reakcją na koleżeńskie dźgnięcie w plecy.
-Nie, myślę nad czwartym.. Och, co się tak śmiejecie?- po tym pytaniu odwróciłam się do swojej ławki i zajęłam główkowaniem nad zadaniem. Ale szybko zaświtało mi w głowie, że jak pyta o piąte to poprzednie już zrobił. Odwróciłam się i porwałam jego zeszyt.
To była masakra. Pisze gorzej, niż ja, ale się odnalazłam. Zapis wyglądał iście komicznie, w dodatku kolega pokroił ludzi, a później dziwnie pozszywał i w dziwny sposób wyszło mu poprawne rozwiązanie. Skomentowałam zarówno zadanie, jak i pismo. Tak oto nasza grupka zaczęła podśmiewywać się z zadania.
Wróciłam jednak do swojego zeszytu i zaczęłam myśleć nad zadaniem. Wkrótce odwróciłam się ponownie z propozycją rozwiązania. Pisanie do góry nogami nie wyszło mi najlepiej, toteż wzbudziłam znów trochę śmiechu. Ale mieliśmy pomysł, jak rozwiązać zadanie. Wciąż jednak pozostawało nam w myśli krojenie ludzi i śmiech stał się lekko głośniejszy. Zainteresowała się tym nauczycielka:
-Z czego wy się tak śmiejecie?
-Z Marka..
-Czemu?
-Bo on pokroił w czwartym zadaniu ludzi, a później tak dziwnie pozszywał, że mu dobrze znikąd wyszło…
Nauczycielka uśmiechnęła się i wróciła do zadania rozwiązywanego na tablicy.
Słysząc za jakiś czas śmiechy ponownie, odwróciłam się.
-A tym razem co?
-Nie wiem, on mnie rozśmiesza- z trudem powiedział pełnym zdaniem Krystian.- Nie pluj!
-Już wycieram..- znużonym głosem odpowiedział, śmiejący się kolega.
-Bo on to zawsze jak się śmieje to pluje! Ślina tryska na wszystkie strony!- Śmiech. Nie wiadomo właściwie z czego, ale śmiech.
-Wybaczycie, że nie skomentuję tego tak, jak Mateusz Twojej nauki latania? – zwróciłam się do Krystiana.
Komentarza na temat latania nie będę tłumaczyć, jakoś nie potrafi mi to przejść przez klawiaturę.
Ale jakoś ucichliśmy. Następny wybuch śmiechu, tym razem całej klasy, spowodował PKS na tablicy, jako oznaczenie statków i zabawa kolegi Mateusza wkładem do długopisu, który później podniosłam i nie chciałam oddać.
Na koniec lekcji było oznaczenie dziewczynek jako CBA, co wprawiło nas w dobry nastrój aż do domów.
Dzień w szkole był udany. Zresztą z gimnazjum zawsze wracam z uśmiechem na ustach. Cieszę się, że tak potoczyły się moje losy w tej klasie.
niedziela, 21 listopada 2010
Przeżyłam III Wojnę Światową
I myślę, że wy też. Chyba, że porwało was UFO. Cytując siebie 'Szlag by ich trafił z tymi przepowiedniami. Tylko ludzi straszą' i kolegę 'Tak, ludzie się pewno w piwnicach pochowali a tu nic nie wybuchło'.
Podsumowując ten tydzień był tygodniem lenistwa. Przyznaję się, jestem strrasznym leniem.
Zaczynając od początku......
Poniedziałek.... To już opowiadałam. Ortodonta, cały dzień zawalony. Przeczesywanie internetu i wszelkiego rodzaju pisem w poszukiwaniu czegoś nowego. Przy okazji obrałam sobie za punkt honoru znaleźć zespół i piosenkę, która spodobała by się mojemu znajomemu i by jej nie znał. Udało się, jestem z siebie dumna!
We wtorek, wyobraźcie sobie, dopełzłam do szkoły. Ale i w ten dzień nie dane mi było się napracować.
Przyszłam o godzinkę za wcześnie do szkoły. Kasia( Koleżanka z klasy. Nowej klasy. Oczywiście nadaję pseudonimy, mam nadzieję, że w trakcie trwania historii nie napadnie mnie chęć zmiany jej imienia) niestety podała mi tylko zadanie domowe, o zwolnieniu nie wspominając. Okazało się, że nie tylko mi podoba sie ranne wstawanie, dobrowolne, bądź przymusowe. Razem była nas czwórka rannych ptaszków. Dwie dziewczyny, ja i Ala (Kolejne pseudo), i dwóch chłopaków. Nas (dziewczyny) wychowawczyni wpuściła do swojej (Naszej) klasy, choć miała nas zagonić do roboty przy organizacji auli do Dnia Niepodległości, skończyło sie na tym, że my leniuchowałyśmy, żartując z Morza Kr(e)yteńskiego i goniąc się za wskaźnikiem z bambusa, a chłopaki nosili ławki i 'pieron wi co jeszcze' na aulę.
Przy okazji, przypadkiem dowiedziałam się, że na następnej lekcji miałam olimpiadę z języka angielskiego. Gdybym wiedziała... Ale nie, ja olałam całkowicie wiedzę o Wielkiej Brytanii. Ale co tam! Będzie, co będzie, na ocenie mi to w dół nie zaważy.
Ale poszło mi dobrze. Pytania nie były szalenie trudne.
Po olimpiadzie, jak już z Kingą znalazłyśmy naszą sprytnie zakamuflowaną klasę, mieliśmy łączoną lekcję języka angielskiego. A mianowicie z powodu braku naszej nauczycieli mieliśmy lekcje z nauczycielem drugiej grupy, a z powodu różnicy w postępie z materiałem, nie można było przeprowadzić lekcji, czyli luzy.
Kiedy już zanudziłam się kompletnie czytaniem i szczegółowym tłumaczeniem fragmentu książki Verne'a zadzwonił dzwonek, więc pospieszyliśmy na WDŻ (Zwał jak zwał. Lekcja o.. wszystkim związanym z dojrzewaniem etc.) z naszą wychowawczynią. Apel na Dzień Niepodległości. Czyli kolejna lekcja opuszczona. Przy okazji udało mi się wyłowić z kartki zastępstw zwolnienie naszej klasy z ostatniej lekcji plastyki.
Polski, którzy mieliśmy po apelu niemile mnie zaskoczył. A mianowicie: omawialiśmy już Pana Tadeusza. A ja tak chciałam być na tej lekcji.. Ech... Trudno. Lekcja minęła strasznie szybko. Byłam chyba nieco wyłączona i myślałam o niebieskich migdałach.
No i miałam dylemat, czy iść na kółko z matematyki. W końcu nie poszłam, jestem zbyt leniwa, żeby chodzić do szkoły dwa razy.
Środa... Ach! Środa. Kolejny dzień lenia. Tym razem wyjazd do Warszawy, zaproponowany przez wujka i ciocię. Musiałam wstać o piątej. Przerażające. Ale dałam radę.
Jechało się trochę nudnawo. Aż 5 godzin. Monotonną podróż umilałam sobie muzyką. Generalnie to ja muzyką żyję. Nadaje ona mojemu życiu rytm. I tym sposobem moje serce gra, jak gitara…
Kiedy już byliśmy w Warszawie zaczęło się szukanie dopiero co otwartego Centrum Techniki i Nauki im. Mikołaja Kopernika. Słabo oznakowany obiekt nie wyróżniał się niczym wśród oszklonych drapaczy chmur. Ale dojechaliśmy, a nawet znaleźliśmy miejsce na parkingu.
Kolejka do kasy była długa, ale robot, stojący przy wejściu zabijał czas spędzony na czekaniu na swoją kolej. Ciekawym rozwiązaniem było też wystawienie jednej z pracowniczek do robienia eksperymentów z zakresu fizyki. Przebijanie balona, czy słuchanie sprężyny oprawione dobrym humorem było bardzo interesujące…
Zwiedzanie centrum było czasochłonne i ciekawe. Wszystkie zjawiska opisane na kartkach informacyjnych można było sprawdzić i zaobserwować samemu.
Bardzo mi się podobało, dało inny i ciekawszy pogląd na fizykę od tego, który wpajany jest nam w szkołach przez książki i nauczycieli. Co nie znaczy wcale, że narzekam na uczenie się wzorów :D Osobiście to kocham!
Tak, jestem kimś na wzór tak zwanego kujona. Choć od kogoś takiego różnię się tym, że nie mam zapisanych dat sprawdzianów, a w domu czy w szkole nie zakuwam materiału, niczym zawodowy kowal. Wszystko przychodzi mi tak łatwo, że aż czekam, kiedy przyjdzie czas na materiał, którego moje wcześniejsze wcielenie nie miało okazji poznać. Można by wtedy dociekać, w którym wieku żyłam wcześniej….
Wróćmy do Warszawy. Z nowoczesnego Copernicusa pojechaliśmy do Muzeum Powstania Warszawskiego. Nie ukrywam, że znalezienie wejścia zajęło nam trochę czasu, gdyż szliśmy nie w tę stronę, obchodząc mur otaczający budynek dookoła…
Muzeum naprawdę zapiera dech w piersiach. Zarówno kapitalnym wykonaniem, nawałem informacji, jak i przerażającymi zdjęciami i opowieściami osób, które powstanie przeżyły.
W głowie mi się nie mieściło, jak człowiek może być tak okrutny dla drugiego człowieka jedynie z racji innych poglądów religijnych, innego pochodzenia. Jak nienawistni i bezlitośni są ludzie, kiedy zaślepi ich rządza władzy.
Z szeroko otwartymi oczami oglądałam przerażające zdjęcia biedy, smutku, jaki panował wówczas. Słuchałam opowieści o ucieczkach, o niesamowitym szczęściu, kiedy ktoś wyrwał się cudem z sideł Niemców. Słuchałam listów, które wysyłały dzieci, rodzina, kochankowie z nadzieją, że jeszcze się spotkają, że przeżyją następny dzień. Słuchałam wypowiedzi Hitlera, jednego z żołnierzy, którzy nie mogli patrzeć na to, co się dzieje wokół. Nie mogli znieść faktu, iż to ich nacja spowodowała ten mord. Szczególnie w pamięci utkwił mi fragment, kiedy opisywał, co zrobiono z dziećmi z sierocińca. „Wyprowadzali je do wyjścia, na strome schody. Tam były rozstrzeliwane. W pewnym momencie ktoś krzyknął ‘Nie marnujcie na nich amunicji!’. W ten sposób ginęły od uderzeń karabinem”
Ciekawym rozwiązaniem były kartki, które można było ze sobą wziąć. Powstanie opisywane dzień po dniu. Kartki imitujące kalendarz czy plakat z przykuwającym uwagę, wielkim napisem ‘POLACY!’.
Był też lot nad ruinami Warszawy. Zmasakrowane, zrównane z ziemią miasto, w którym, po zrujnowaniu, zostało około tysiąca osób. Dziś odbudowane, świecące, nowoczesne. Jakkolwiek by nie narzekać- nasze.
Myślę, że wizyta w takich miejscach powinna służyć właśnie przypomnieniu sobie, że choć narzekamy na drogi, na podatki i sto milionów innych rzeczy… To Polska jest nasza. Była nasza i za Mieszka, i pod Grunwaldem, i podczas II Wojny światowej. Nawet, jeśli nie było jej na mapach to była w naszych sercach i powinna być nadal.
Przede wszystkim powinniśmy zdawać sobie sprawę z tego, że nasi przodkowie walczyli o wolny kraj i powinniśmy o tym pamiętać i o niego dbać, nie dopuścić, żeby zjadła nas nienawiść, żebyśmy sami się pozjadali…. Ale co możemy my? Czy ja? Obecnie nic, ale patriotyzm powinno kształtować się od najmłodszych lat!
Po wizycie w takim historycznym miejscu zmienia się zawsze mój pogląd na świat. Zaczynają cieszyć małe rzeczy, bo mam świadomość, że kiedyś może zabraknąć mi tych małych problemów i zostaną one zastąpione przez większe, z którymi nie będzie już tak łato dać sobie radę.
Wciąż zamyśleni pojechaliśmy pod Pałac Kultury i Nauki, ‘prezent od wujka Stalina’, jak określił go tato, dodając ‘Ale mi się całkiem podoba’.
Niestety, nie mogliśmy wejść na górę, więc ograniczyliśmy się do podziwiania kolorowo oświetlonej stolicy, jedząc w samochodzie obiado-kolację.
Kiedy wracaliśmy było już ciemno. Zajechaliśmy do McDonaldu po coś ciepłego do picia. Nie macie pojęcia, jak pyszna jest zwykła herbata, kiedy cały dzień piło się tylko wodę!
Jadąc, patrzyłam na gwiazdy. Szukałam znajomych mi konstelacji i znalazłam północ.
Kocham patrzeć w gwiazdy. Daje mi to poczucie tego, jak mali jesteśmy. Tego, że jesteśmy, jak ziarenko piasku w wielkim Kosmosie. Zawsze mam wrażenie, że gdzieś tam, miliardy, biliardy lat świetlnych stąd jest jakaś istota myśląca, która patrzy w ten sam punkt na niebie i też myśli o tym, że może ktoś gdzieś indziej jeszcze jest.
Stwierdzenie, że jesteśmy mali, bezsilni i nic nie wiemy o otaczającym nas świecie jest dość odważne, jeśli patrzeć na to z perspektywy dziesiątek, setek lat, kiedy potrafimy niemal całkowicie panować nad naturą, tworzyć swoje otoczenie z surowców, które sami zdobyliśmy. A jednak jest bardzo prawdziwe.
W końcu czym jest człowiek, czy nawet Ziemia w obliczu Słońca? A co dopiero Kosmosu? Czym jest nasze jako-takie panowanie nad naturą w konfrontacji z wielkim meteorytem czy wybuchem Słońca? Czym jest nasza wiedza, sięgająca nie najbliższych nam galaktyk wobec całego potężnego Kosmosu? Niczym.
Podróż była męcząca. Pomimo ciepłej herbaty, gwiazd i muzyki miałam jej dość. W dodatku nie mogłam zasnąć.
Kiedy dojechaliśmy do domu szybko rozpakowałam torebkę i dałam tacie aparat ze zdjęciami. Ten przegrał je na komputer i razem je przeglądaliśmy. Położyłam się pod kołdrą, ale znów nie mogłam usnąć. Napisałam więc do kolegi, który o tak późnych porach miał, tak, jak ja, zwyczaj słuchania muzyki.
Szybko dostałam odpowiedź. Na koncie miałam resztę pieniędzy, ale jutro i tak miałam zamiar doładować sobie konto, więc mogłam trochę przepuścić. Przed bankructwem uratował mnie sen kolegi, który z natury jest strasznym śpiochem.
Następnego dnia wiele jednak się od niego nie różniłam. Spałam do południa i zapewne spałabym dłużej, gdyby mama nie zadzwoniła, żeby wyciągnąć mnie ‘do ludzi’, a konkretniej do koleżanki, z której córką chodziłam do klasy. Mogłabym się pokusić o narzekanie na tę osobę, ale nie warto…
Wizyta nie wyglądała interesująco. Nigdy nie mogłyśmy znaleźć wspólnego języka. Najpierw koleżanka dokończyła sprzątanie, później pobawiłyśmy się z kotami i ogólnie- jej zwierzyńcem liczącym sobie 5 kotów, 2 psy i niezliczoną ilość rybek. Później wyszłyśmy na spacer po wiosce, w której mieszkała. Gdyby nie brzydka pogoda i zapach unoszący się wszędzie i przypominający, że tu tez się hoduje zwierzątka byłoby tu pięknie. Odludzie, jakie lubię, brak cywilizacji… cisza.
Ale tutaj było kiepsko.
Kiedy już wróciłyśmy do domu zauważyłam, że nie złożyłam łóżka. Jednak spoglądając przez okno i widząc noc, zrezygnowałam ze składania i wyścieliłam je ładnie. W końcu zaraz i tak będę się kłaść.
Standardowo najpierw zajęłam się pożeraniem książki i słuchaniem muzyki. Później weszłam na chwilę na G-G i porozmawiałam ze znajomym.
Oczywiście spać poszłam późno, nie potrafię szybko iść spać.
Zaczęłam pisać lekko książkowo. Ale to za nudne na książkowy styl pisania, nie teraz.
W piątek pojechałam do babci, a tam spędziłam cały weekend. Pogadałyśmy trochę, urzędowałyśmy w kuchni, czarując różne, ciekawe dania. Na poniedziałek wróciłam do domu, w końcu trzeba było iść do szkoły.
Tak, tak PRZE-PRA-SZAM! Tak, tak długo pisałam. Szczerze lekko mi się nie chciało, kiedy stracił mi się tekst po raz 5-ty. Ale się nie poddałam, dokończyłam! I obiecuję.. od następnego razu dla swojego spokoju będę pisać króciej. Jak piszę coś dłuższego to dłużej myślę, mniej piszę.. Ech i tak to wychodzi…
poniedziałek, 8 listopada 2010
Poniedziałek dniem lenistwa
Taaak... dziś byłam totalnym leniem. Po porannej wizycie u ortodonty zbijałam bąki z przerwami na wycieczkę do sklepu i napełnienie zmywarki.
No i nici wyszły z wizyty u polonistki. Lało tak, że nie chciało mi się nosa wystawiać za okno, a do sklepu skoczyłam między jednym gwałtownym opadem i drugim, jeszcze gwałtowniejszym.
Poza tym szukałam muzyki. Przeglądałam gazetę i wychwytywałam co ciekawsze zespoły.
Czasem przytłacza mnie moja nieidealność. Wszystkie wady, które różne osoby zwykły zauważać. Często patrzę na siebie z perspektywy trzeciej osoby, widząc co widzą inni, a najczęściej widzą tylko wady. Choć czasem napada mnie wena, w której mogę wymienić swoje zalety, zdarza sie ona rzadko. I dobrze, bo popadłabym w narcyzm.
Jak narazie ustaję w przekonaniu, że bynajmniej nie piszę, jak nastolatka, że jestem inna niż moi rówieśnicy i że nigdy nie będę taka sama. A to raczej postanowienie.
No i nici wyszły z wizyty u polonistki. Lało tak, że nie chciało mi się nosa wystawiać za okno, a do sklepu skoczyłam między jednym gwałtownym opadem i drugim, jeszcze gwałtowniejszym.
Poza tym szukałam muzyki. Przeglądałam gazetę i wychwytywałam co ciekawsze zespoły.
Czasem przytłacza mnie moja nieidealność. Wszystkie wady, które różne osoby zwykły zauważać. Często patrzę na siebie z perspektywy trzeciej osoby, widząc co widzą inni, a najczęściej widzą tylko wady. Choć czasem napada mnie wena, w której mogę wymienić swoje zalety, zdarza sie ona rzadko. I dobrze, bo popadłabym w narcyzm.
Jak narazie ustaję w przekonaniu, że bynajmniej nie piszę, jak nastolatka, że jestem inna niż moi rówieśnicy i że nigdy nie będę taka sama. A to raczej postanowienie.
Inność jest w każdym z nas, w duszy. Każdy jest inny i wyjątkowy. Ale żeby otoczenie to odkryło musi on to w sobie odkryć i się temu nie przeciwstawiać. Odrzucić wzorce, dyktowane przez modę i podążać tymi, które upoluje.
Ale dziś... Wyjątkowość czasem łączy się z samotnością i otoczeniem osób, które uważamy za idiotów i które nas nie rozumieją...
Ale zawsze znajdzie się, na szczęście, drugi wariat, który wesprze Cię w codziennej monotonności... Tak?
Szukałam dziś ciekawej muzyki. Znalazłam kilka interesujących kawałków.
Jak zbiorę perełki to zrobię playlistę. I zamieszczę, z opisem, co by ktoś nie wlazł i nie cierpiał katuszy nielubianym dźwiękiem.
Adios! ;)
niedziela, 7 listopada 2010
Weekend!
No tak: weekend. Choć dla mnie to jeden dzień, z takiego powodu, że w sobotę odrabialiśmy piątek, dwunastego.
W sobotę mieliśmy 'Dzień Języków'. Każda klasa miała przygotować scenkę na temat wylosowanego kraju. Moja klasa dostała Włochy.
Miałam za zadanie pilnowania przebiegu, zmieniania scenografii i zapowiedzenia naszej klasy. Wszystko byłoby OK, gdyby nie fakt, iż zamiast od barwy zielonej, zaczęłam od czerwonej, na wstępie. Ale ogólnie poszło nam dobrze.
W niedzielę zaś, kiedy już odespałam cały tydzień, pojechałam do dziadków. Tam spędzilam resztę dnia.
Jutro, po wizycie u ortodonty, wybieram się na poszukiwanie adresu mojej nauczycielki języka polskiego. Jest ona na emeryturze, a ostatnio scharakteryzowałam ja na sprawdzianie. Nauczycielka zachęciła mnie i kolezankę do podarowania jej tej charakterystyki. Z chęcią podłapałam pomysł.
A polonistce z szóstej klasy wiele zawdzięczam. Była to osoba cudowna... Mam nadzieję, że uda mi się ją zastać...
W sobotę mieliśmy 'Dzień Języków'. Każda klasa miała przygotować scenkę na temat wylosowanego kraju. Moja klasa dostała Włochy.
Miałam za zadanie pilnowania przebiegu, zmieniania scenografii i zapowiedzenia naszej klasy. Wszystko byłoby OK, gdyby nie fakt, iż zamiast od barwy zielonej, zaczęłam od czerwonej, na wstępie. Ale ogólnie poszło nam dobrze.
W niedzielę zaś, kiedy już odespałam cały tydzień, pojechałam do dziadków. Tam spędzilam resztę dnia.
Jutro, po wizycie u ortodonty, wybieram się na poszukiwanie adresu mojej nauczycielki języka polskiego. Jest ona na emeryturze, a ostatnio scharakteryzowałam ja na sprawdzianie. Nauczycielka zachęciła mnie i kolezankę do podarowania jej tej charakterystyki. Z chęcią podłapałam pomysł.
A polonistce z szóstej klasy wiele zawdzięczam. Była to osoba cudowna... Mam nadzieję, że uda mi się ją zastać...
piątek, 5 listopada 2010
Artykuł gazetkowy nt. dopalaczy
Dopalacze… przedmioty kolekcjonerskie… Głośno o tym w mediach. Za sprawę wziął się i rząd, i Kościół, i szkoły, i Monar. My też nie zostawiamy tego bez echa.
Słyszałam o ich składnikach i jedno mnie zastanawia - co brał ten, kto to wymyślił i doprowadził do sprzedaży? Rozumiem, że w młodym wieku, istnieje pragnienie rozrywki, adrenaliny, ale trzeba to robić kosztem zdrowia? Papierosy, alkohol, narkotyki… Dlaczego młodzi sięgają po to tak szybko? Boją się, że coś im ucieknie?
Jeśli chodzi o istnienie dopalaczy, to istniały one od dawna, podnoszono alarm kilka razy, bez większego skutku. Teraz jednak postanowiono się za to porządnie zabrać.
Odciągnięcie nastolatków od nałogów, poddawanie działaniu jakichś środków odurzających czy paleniu papierosów jest rzeczą trudną, iż twierdzimy, że jesteśmy niezniszczalni, prawda? Zgadzam się, że z życia trzeba korzystać, nikt z nas nie chce później stwierdzić: W twoim wieku... W twoim wieku to ja wiecznie siedziałem grzecznie w domu… Wiadomo, że chcemy w życiu wszystkiego spróbować, ale może róbmy to tak, aby nie było to dla nas AŻ TAK szkodliwe?
Zdania na temat ‘przedmiotów kolekcjonerskich’, bo pod taką nazwą są one sprzedawane, są różne. Jedni silnie popierają ruch przeciwko nim, drudzy mają mieszane uczucia, inni jeszcze nie mają zdania. Zrobiło się z tego wielkie ‘boom’ , a do zwalczania sklepów powoływane są komisje na równi z wielkimi katastrofami. Sprawa nagłaśniana jest na taką skalę, że powoli zaczyna śmieszyć internautów, tworzących ironiczne ankiety, wymieniając w nich inne produkty, które mogą służyć jako środki odurzające. I każdy ma rację, bo jedna rzecz nie wyklucza drugiej.
Czytając przeróżne opinie różnych ludzi także mam mieszane uczucia, bo zazwyczaj jest tak, że im dłużej się nad czymś zastanawiamy i zagłębiamy w temat, tym trudniejsza jest z początku oczywista sprawa. Dla mnie sprawa jest o tyle trudna, że nie mam ochoty kolorować wydarzeń i powiększać do niesamowitych rozmiarów ani nagle wszystkiego zbagatelizować.
Kończąc tę refleksję, mogę jedynie powiedzieć: Tylko słabi gracze biorą dopalacze! A my nie jesteśmy słabi. I potrafimy sobie poradzić bez nich.
Słyszałam o ich składnikach i jedno mnie zastanawia - co brał ten, kto to wymyślił i doprowadził do sprzedaży? Rozumiem, że w młodym wieku, istnieje pragnienie rozrywki, adrenaliny, ale trzeba to robić kosztem zdrowia? Papierosy, alkohol, narkotyki… Dlaczego młodzi sięgają po to tak szybko? Boją się, że coś im ucieknie?
Jeśli chodzi o istnienie dopalaczy, to istniały one od dawna, podnoszono alarm kilka razy, bez większego skutku. Teraz jednak postanowiono się za to porządnie zabrać.
Odciągnięcie nastolatków od nałogów, poddawanie działaniu jakichś środków odurzających czy paleniu papierosów jest rzeczą trudną, iż twierdzimy, że jesteśmy niezniszczalni, prawda? Zgadzam się, że z życia trzeba korzystać, nikt z nas nie chce później stwierdzić: W twoim wieku... W twoim wieku to ja wiecznie siedziałem grzecznie w domu… Wiadomo, że chcemy w życiu wszystkiego spróbować, ale może róbmy to tak, aby nie było to dla nas AŻ TAK szkodliwe?
Zdania na temat ‘przedmiotów kolekcjonerskich’, bo pod taką nazwą są one sprzedawane, są różne. Jedni silnie popierają ruch przeciwko nim, drudzy mają mieszane uczucia, inni jeszcze nie mają zdania. Zrobiło się z tego wielkie ‘boom’ , a do zwalczania sklepów powoływane są komisje na równi z wielkimi katastrofami. Sprawa nagłaśniana jest na taką skalę, że powoli zaczyna śmieszyć internautów, tworzących ironiczne ankiety, wymieniając w nich inne produkty, które mogą służyć jako środki odurzające. I każdy ma rację, bo jedna rzecz nie wyklucza drugiej.
Czytając przeróżne opinie różnych ludzi także mam mieszane uczucia, bo zazwyczaj jest tak, że im dłużej się nad czymś zastanawiamy i zagłębiamy w temat, tym trudniejsza jest z początku oczywista sprawa. Dla mnie sprawa jest o tyle trudna, że nie mam ochoty kolorować wydarzeń i powiększać do niesamowitych rozmiarów ani nagle wszystkiego zbagatelizować.
Kończąc tę refleksję, mogę jedynie powiedzieć: Tylko słabi gracze biorą dopalacze! A my nie jesteśmy słabi. I potrafimy sobie poradzić bez nich.
czwartek, 4 listopada 2010
Monotonia codzienności, czyli dzień z życia wyciągnięty
Pod wpływem bloga koleżanki, jej namowami do prowadzenia własnego bloga i szkolnej gazetki, gdzie miałam zamieścić swoją 'Kartkę z pamiętnika', zdecydowałam się opisać swój dzień.
Oczywiście mam nadzieję, że nie wyjdą mi 'flaki z olejem', a potencjalnych czytelników nie zniechęcę faktem, iż moja codzienność wielce różni się od codzienności takiego Harrego Pottera, czy innych postaci z książek. Wierzę jednak, że ubrane w odpowiednie słowa zdarzenia mogą przyciągnąć, wciągnąć i kiedyś w końcu oddać. Bo nie chcę nikogo wiązać!
No to zaczynamy!
Oczywiście mam nadzieję, że nie wyjdą mi 'flaki z olejem', a potencjalnych czytelników nie zniechęcę faktem, iż moja codzienność wielce różni się od codzienności takiego Harrego Pottera, czy innych postaci z książek. Wierzę jednak, że ubrane w odpowiednie słowa zdarzenia mogą przyciągnąć, wciągnąć i kiedyś w końcu oddać. Bo nie chcę nikogo wiązać!
No to zaczynamy!
Przyznaję się, jestem śpiochem, a w dodatku nocnym markiem.
Wieczorem książka pochłonęła mnie i nie chciała oddać w ręce błogiego snu, co sprawiło, iż straciłam rachubę czasu i głowę wtuliłam w poduszkę około godziny 23. Co nie znaczy, że od razu usnęłam, ojj nie. Standardowo puściłam swoją ulubioną składankę i rozmyślałam o minionym dniu. Tak czasu trochę zleciało. Nie powiem ile, nie mam manii patrzenia na zegarek przed spotkaniem z Morfeuszem.
Moje nocne sesje książkowe i muzyczne źle wpływają jednak na wstawanie. Zazwyczaj olewam budzik albo naciągam czas wstawania do granic swoich szybkościowych możliwości.
Co jak co, ale szkołę cenię nad łóżko. Ale, co muszę przyznać, muzykę cenię nad szkołę. Sprawia to, że zaraz po wyczołganiu się z łóżka włączam komputer i muzykę. Tak lepiej mi się rozbudzić.
Jeśli jestem już przytomna na tyle, że nie pomylę lodówki z półką z perfumami(bo to byłaby tragedia) idę odświeżyć się po nocce. Tradycyjnie po tym wciągam na siebie jakieś jeansy, które spinam paskiem i bluzkę, która wpadnie mi w ręce, ewentualnie sweter. Prawie jak u rasowego faceta porannym rytuałem jest szukanie dwóch takich samych skarpetek, które pasowałyby zarówno do siebie, jak i do mojego gustu, który co dzień jest inny.
Wiem już, że lodówka nie zawiera dezodorantów, a przynajmniej półka z perfumami nie zawiera keczupu, więc zabieram się za robienie śniadania. A to zależy od tego, jak bardzo jestem leniwa. Zazwyczaj jest to jedna kanapka 'na teraz' i jedna 'do szkoły'. Dzisiaj jednak zdobyłam się na moje danie popisowe- jajecznicę z makaronem.
W czasie, kiedy makaron się gotował, ja, zwyczajem swym może niepoprawnym, zaczęłam pakować książki. Mi najlepiej wychodzi to rano, bo jak pakuję się wieczorem to połowy rzeczy zapominam. Taka moja natura.
Ciągle towarzyszyła mi muzyka, zabrałam się za odcedzanie makaronu i smażenie reszty składników jajecznicy. Gdy była już gotowa usiadłam przy biurku i szybko zjadłam swoje śniadanie. Było już po siódmej, a ja o 7:30 wychodziłam z domu. Choć... ta godzina jest dość 'umowna’. Po drodze przypomni mi się o nakarmieniu kota i stu tysiącach innych rzeczy do zrobienia, co opóźnia moje wyjście. Nigdy jednak nie spóźniłam się jeszcze do szkoły.
Szkoła... Ach! Szkoła... Dla mnie do zarówno zabawa jak i męczarnia, jak zresztą dla wszystkich jak mniemam. Jednak u mnie dzieli się to nieco inaczej. Ogólnie jestem osobą dziwną i wiem, że dużo osób o tym wie. Przykładem nauczycielka francuskiego, mówiąc o strachu przed sprawdzianem dodaje na końcu 'Przynajmniej dla większości', z uśmiechem patrząc w moją stronę.
A więc dla mnie zabawą są lekcje. Lubię wszystkie przedmioty, choć z niektórych mi nie idzie. Ale lubię się uczyć, a największą zabawę sprawia mi postrzeganie zwykłej codzienności przez pryzmat rzeczy, których się nauczyłam: wzorów, reguł itp. Zabawą dla mnie jest to, że koledze na matematyce zarówno procenty jak i promile kojarzą się jedynie z alkoholem, że nauczycielka, jak to człowiek, przejęzyczy się czasem, z czego wynikają śmieszne sytuacje czy to, że w klasie mam kilka osób, które nie potrafią wytrzymać lekcji, żeby się gdzieś nie wciąć i nie spróbować rozśmieszyć całej klasy.
Męczarniami zaś są przerwy, lekcje na zastępstwach i rozmowy z osobnikami X, które wprowadzają mnie w stan nerwicowy. Wiadomo, że czasem fajnie jest się z kimś ze starej klasy spotkać, ale i tak, moim zdaniem, 10 minut przerwy to stanowczo za dużo.
Ale wróćmy do środy. Na tych trzech lekcjach nie potrzeba nam tyle sprawnego umysłu, co rozpisanej ręki, ponieważ zapisujemy swoim koślawym pismem mnóstwo stron, często niewiele przy tym myśląc, bo nauczycielki bywają tak łaskawe, że dyktują z ortografią.
Po zajęciach w szkole wędrujemy na basen. Ja pływać nie umiem, do czego się przyznaję. Ba! Ja się wody boję... Ale na basen bez marudzenia do tydzień maszeruję.
Do domu zwykłam po basenie wracać 'na okrętkę' przez osiedle, oczywiście ze słuchawkami w uszach.
Gdy szczęśliwie dotrę pod drzwi i trafię kluczem w dziurkę to, po zrzuceniu płaszcza i butów, maszeruję do lodówki i szukam czegoś nadającego się do zjedzenia, przynajmniej częściowo... Tak, żeby można było z tego coś skleić.
Tym razem najzwyczajniej nie chciało mi się wymyślać żadnych eksperymentalnych posiłków, więc stanęło na bułce z szynką i keczupem.
A ogólnie to gotuję sama. I wcale nie dlatego, że mamuś nie chce ugotować mi obiadu, a dlatego, że poznałam moc przypraw i spodobało mi się urzędowanie w kuchni, wśród garnków i muzyki z RMF’u, nie zawsze do końca mi się podobającej. Wychodzą mi z tego urzędowania takie wynalazki, jak jajecznica z makaronem, co wbrew pozorom jest całkiem smaczne.
Ale teraz się nie popisałam. Zresztą, do obiadu miałam jeszcze czas.
Swoje kanapki wcinałam w akompaniamencie muzyki i przeglądając strony internetowe. Musiała jeszcze do torby spakować francuski i zeszyt na kółko dziennikarskie, bo właśnie na te zajęcia dodatkowe wracam do szkoły.
Do szkoły, pod salę trafiłam akurat na lekcyjny dzwonek. Na francuski chodzą ‘tłumy’ a mianowicie ja, koleżanka z klasy i czasami kolega z klasy równoległej. Tym razem nie przyszedł, żartowałyśmy więc, że pewno się jej wystraszył, bo chodzi ona na karate.
Jak już przetrwałam łączenie wujków z mamami i ciocie rodzaju męskiego, wdrapałam się po schodach i, nie gubiąc się już w labiryntach korytarzy, dotarłam pod salę kółka dziennikarskiego. Na nim omówiliśmy strategię na następny numer. Zostałam kronikarzem wydarzeń szkolnych.
Tym razem do domu poleciałam prosto, bo zgłodniałam, jak na francuskim rozmawialiśmy o jedzeniu.
W domu czas wlókł się powoli. Mama ugotowała pyszne łazanki, które wspólnie zjedliśmy przy ciekawym filmie. Rodzice wrócili wcześniej ode mnie, zrobili więc zakupy i wypożyczyli film.
Kiedy odrobiłam lekcje, usiadłam przy komputerze. Nie było nikogo na mojej liście kontaktów Gadu-Gadu, więc zabrałam się za czytanie książki o filozofii. Wkrótce jednak napisałam do mnie koleżanka ze starej klasy.
To dla mnie nieco dziwne… Będąc razem w klasie nie zdarzało się, aby ktoś rozmawiał ze mną, żeby dowiedzieć się, co u mnie słychać. Najwidoczniej stęsknili się za mną. Szkoda, że tak późno. Ale lepiej późno niż wcale.
Wkrótce tato zaczął upominać mnie, że jest już po 21 i trzeba zbierać się spać.
Jak już pisałam, to, że grzecznie leżę w łóżku, nie znaczy wcale, że śpię. Tradycyjnie słuchałam dobrej muzyki i czytałam znakomitą książkę. Później, kiedy oczy odmówiły dalszego czytania, leżałam i rozmyślałam o tym, co może się jutro zdarzyć…
I usnęłam. Nawet nie wiem, kiedy. Oczywiście rano znów miałam problemy ze wstawaniem.
poniedziałek, 4 października 2010
Konkurs
Ostatnio w szkole ogłoszono konkurs na opowiadanie, kontynuację najnowszej książki z serii 'Ala Makota'.
Wysłałam swoją pracę. Teraz czekam na wyniki...
Trzymać za mnie kciuki ;-)
Opowiadanie:
Wysłałam swoją pracę. Teraz czekam na wyniki...
Trzymać za mnie kciuki ;-)
Opowiadanie:
Poniedziałek
Rano wstałam, leniwie przecierając oczy. Doczołgałam się do łazienki i chlapnęłam sobie zimną wodą w twarz. Od razu lepiej!
Następnym przystankiem była kuchnia, gdzie zrobiłam sobie kanapki. Wyszły śmiesznie, bo uparłam się, by wrzucić do nich wszystko, co znajdę w lodówce: pomidory, sałatę, oliwki, ogórka… I mnóstwo innych, jadalnych rzeczy.
W domu nikogo nie było. Tata pojechał na zakupy, a chłopaki z nim. Jestem ciekawa, ile zbędnych rzeczy przywiozą.
Najgorsze jest to, że na dziś przewiduję nudę. Wszyscy wyjechali na wakacje: do wujka, do cioci… A ja sama zostałam w domu.
Później
Wpadłam na znakomity pomysł. Po przeanalizowaniu wszystkich możliwych rzeczy do zrobienia wybrałam wyjście na miasto. Nie miałam najmniejszej ochoty siedzieć w domu.
Przed lustrem stałam dobre 20 minut i starałam się ułożyć niesforne włosy w zadowalającą fryzurę. Było to jednak niemożliwe i, po lekkim rozczesaniu, zostawiłam je tak, jak im się podobało.
Wzięłam trochę pieniędzy ze skarbonki i zamknęłam dokładnie drzwi na klucz.
W mieście
Początkowym zajęciem było oglądanie wystawek butików. Zastanawiałam się nad kupnem jednej z bluzek na ramiączkach, ale zapał zniknął po sprawdzeniu stanu portfela, który wskazywał na 10 złotych.
Przeszłam jeszcze kawałek, aż znalazłam zaciszną kawiarenkę z wielkim szyldem w kształcie filiżanki kawy. Usiadłam przy stoliku na dworze i zamówiłam sok pomarańczowy oraz kremówkę.
Przyglądałam się ludziom, przewijającym się przez kafejkę. Szukałam kogoś, z kim mogłabym pogadać, kogoś znajomego albo przynajmniej w moim wieku.
Moją uwagę przykuł chłopak siedzący przy stoliku naprzeciwko mnie.Przypatrywałam mu się chwilę. Wyglądał zwyczajnie: szczupła budowa ciała, kościste ręce, które, splecione w „koszyczek”, obejmowały szklankę soku. Tylko brązowe, zmierzwione włosy z grzywką zaczesaną na bok nadawały mu zawadiacki wygląd. Nosił okulary w czarnych oprawkach.
Nagle odwrócił się, by rozejrzeć się po kawiarence. Nasze spojrzenia się spotkały. Miał cudowne oczy w kolorze morza i na chwilę w nich zatonęłam. Szybko jednak się opanowałam i odwróciłam wzrok, lekko speszona. A przecież szukałam kogoś do rozmowy! Ciągle obserwowałam jego reakcje kątem oka. Uśmiechnął się. Nie potrafiłam nie odwzajemnić tego uśmiechu.
A później nieznajomy wstał i, jakby czytając mi w myślach, razem ze swoją szklanką soku podszedł do mojego stolika.
- Można? - spytał retorycznie, jednocześnie siadając na krzesełku przede mną.
- Można? - spytał retorycznie, jednocześnie siadając na krzesełku przede mną.
- Tak, jasne...- zsunęłam lekko torbę na ziemię.
- Widzę, że ty też siedzisz sama.
- Fakt – przyznałam. – I szukam kogoś do pogawędki.
- Podobnie jak ja - uśmiechnął się. - Przyjechałem na wakacje do ciotki, nie znam tu nikogo, więc sam wałęsam się po mieście, by wypełnić czas – wyjaśnił. - Jesteś stąd?
- Tak. A skąd przyjechałeś? - zainteresowałam się. Ten chłopak podobał mi się coraz bardziej. I miał w sobie coś takiego, że mnie do siebie przyglądał.
- Z okolic Krakowa.
- Daleko...
- Dosyć - znów się uśmiechnął.
- Nie masz tu znajomych? - zaciekawił się.
- Mam, oczywiście. Tak się jednak złożyło, że wszyscy gdzieś wyjechali - ze smutkiem przyznałam.
-E tam! Nikt nie został? - nie dowierzał.
- No tak. Kolonie, wyjazdy do ciotki. Akurat teraz - potwierdziłam.
- Hmm... Tak w ogóle, jak masz na imię? - spytał, lekko rozbawiony.
- Ala. A ty? - odpowiedziałam równie wesoło.
- Marcin jestem - przedstawił się, komicznie wyciągając dłoń. Odpowiedziałam tym samym gestem, po czym oboje parsknęliśmy śmiechem.
- Więc nie jestem już sama? - zadziornie spytałam.
- Najwidoczniej. Teraz, niestety, muszę już iść. Jutro o tej samej porze w tej kawiarence? - zadał dość spontaniczne pytanie.
- Ok - spojrzałam na zegarek. - Ja w sumie też.
- No to do jutra!
- Tak, do jutra - i każde z nas poszło w swoją stronę. Po tym spotkaniu byłam pełna energii, do domu wracałam w podskokach.
W domu
Przez resztę dnia chodziłam jak nakręcona, myśląc o nowo zawartej znajomości. Czułam się, jak zakochana. Wszystko leciało mi z rąk a do głowy stale przywoływałam obraz Marcina… Może odnalazłam w końcu swoją miłość?
Przed wszelkimi skojarzeniami ostrzegam: opisywane są losy bohaterki, a wątek dopasowany do jej psychiki. I, na litość, nie do mojej....
Przed wszelkimi skojarzeniami ostrzegam: opisywane są losy bohaterki, a wątek dopasowany do jej psychiki. I, na litość, nie do mojej....
poniedziałek, 27 września 2010
Nieforemnie 1
Chciała zostawić za sobą wspomnienia. Odlecieć niczym ptak na skrzydłach fantazji. Chciała poczuć, jak wszystko ją opuszcza, jak zostaje pustka, która nic nie znaczy. Pustka, którą można wypełnić, pusta kartka, gęsie pióro, inkaust. Chciała stać się bohaterką własnej książki. Jednej z tych, w których uwielbiała bohaterkom nadawać boskie życie i zdolności. W której każda strona kończyła się happy endem, żeby na następnej znów wpaść w dołek złości.
Pisała małymi literami. Strona a4 zdolna była pomieścić cały dzień.
Często czarny długopis rozmazywały krople łez, które nie wpełzły do jej ust. Zimne, słone, niczym kryształki lodowe. Piekące w oczy. Nie do powstrzymania.
Kilka razy chciała napisać. Do kogokolwiek, po cokolwiek. Żeby myśleć o czymś innym, żeby zapomnieć. Za każdym razem kasowała wypowiedź, stwierdzając, że lepiej poradzi sobie sama.
Chciała wrócić do statusu szarej myszki, samotnej, nie lubianej, która miała tylko koty i swoją wyobraźnię. Widziała, że zbyt uzależniła si od kontaktu z innymi, od ciepłych słów, mądrych rozmów czy choćby zwykłych, o wszystkim i o niczym.
Chciała wrócić do obojętności, która nie zauważała, że jeden z drugim grają 24 godziny na dobę, nie siląc się na jakikolwiek z nią kontakt.
Chciała zapomnieć o zeszłych wakacjach, które przyniosły jej radość, kogoś, komu zaufała. Kogoś, kto ją zranił.
niedziela, 26 września 2010
Wiersze
Wiersze pisałam jako dziaciak. Są więc utrzymane w dziecięcym postrzeganiu świata...
„Jesienny poranek”
Nadchodzi jesień złota,
i choć jest trochę błota,
to my jesień kochamy,
i dobre humory mamy.
Bo jest w około pięknie, kolorowo,
choć czasem trochę srogo,
i zdarzy się trochę błota,
Ale i tak jest pięknie, że aż śpiewać się chce!
„Poranne zorze”
Gdy ranne wstają zorze,
i słońce budzi nas,
Choć myszki takie małe wciąż podziwiają świat.
A on choć nie ma słów,
Z nami figlować by pewno chciał.
Lecz każdy wie, że lepiej,
się słońce ma na niebie,
bo widzi ów świat z góry.
I tak się kończy wiersz,
o porannych zorzach też;)
„Stiluś”
Gdy rano otwieram oczy,
On zawsze przy mnie jest.
I nikt mu nie podskoczy,
Bo taki potężny z niego kociak jest.
Futerko szare jak ze stali,
Oczy bursztynowe.
Chodząc po całym domu,
Zamiata kurze ogonem.
Mój mały kochany Stiluś,
Choć już kociakiem nie jest,
Bawi się myszką z Natulą,
I przymila do właścicieli.
Powiew historii
Autentyczne opowiadanie. Zapraszam do lektury.
Był rok 1904. Antoni podczas zaboru Rosyjskiego został pojmany i zaciągnięty do Armii Carskiej, do Mandżurii, około 8 tys. kilometrów od ojczyzny. Na ten okres przypadała też wojna Rosyjsko- Japońska.
Pewnego dnia, razem z czterema innymi ochotnikami z przymusu, został wysłany na patrol we wrogie strony, skąd nie wracał żaden oddział.
Spryt polaków okazał się asem w tej potyczce. Rodacy zdemaskowali czyhających na nich Japończyków i rozprawili się z nimi, wychodząc ze starcia zwycięsko. Po powrocie do obozu, Antoni za ten wyczyn został odznaczony.
Parę dni później nadeszła wiadomość o chorym członku rodziny Antoniego. Ponieważ zasłużył się w Armii, dostał 4-dniowy urlop. Jednak te kilka dni to za mało żeby przebyć trasę z Mandżurii do Polski i z powrotem, nawet pociągiem. Ale Antek był żołnierzem sprytnym, więc na te 4 dni wziął ze sobą jeszcze czterech kompanów i wyruszyli na 'wycieczkę po okolicach', czyli uciekli z obozu.
Zapewne sądzono, że rozstrzelali ich Japończycy, może wysyłano za nimi patrole, albo stwierdzono po prostu, że kolejni głupcy w przypływie patriotyzmu dali się rozstrzelać.
Naszych pięciu uciekinierów, zapewne znakomicie obeznanych z terenem i przeróżnymi mapami, powoli posuwało się w stronę ojczyzny. Wytrzymywali upalne lata i srogie zimy, jedli wszystko, co do jedzenia się nadawało. Prawie wszystko.
Pewnego dnia, zapewne pod koniec sierpnia, udało im się upolować bociana. Czterej towarzysze Antoniego zajadali się jego mięsem upieczonym na ognisku.
-Antek, a ty czemu nie jesz?- spytał jeden z nich.
-Mogę dziś obejść się bez jedzenia, ale naszego polskiego boćka nie tknę!- padła odpowiedź pełna mocy i zdawać by się mogło- głupoty. A może był to porostu powiew ojczyzny, który dodał mu sił i podniósł na duchu i stwierdził, że polski bociek nie może po prostu wylądować w jego żołądku?
I Antoś boćka nie zjadł.
Tak więc w tych ekstremalnych warunkach, jedząc co się do jedzenia nadawało(prócz boćków), w poszarpanych ubraniach, pośród nieznanych lądów i ludów powoli zmierzali do celu. Nie wszystkim jednak było dane ucałować polską ziemię.
Udało się dwóm. Mojemu pra- pradziadkowi, Antoniemu i jednemu z jego towarzyszy, którego imię i nazwisko, uważane za nieistotne, umknęło nietrwałej pamięci przekazów ustnych.
Bohaterów nie należy szukać daleko, bo bohaterami swojego losu jest każdy z nas. Nie ma rzeczy niemożliwych. Są jedynie rzeczy trudne, do których wykonania potrzebna jest determinacja i silna wola.
O mnie
Zamieszczam link do pobrania opowiadania o mnie. To dłuższy tekst i zapewne niewygodnie czytałoby się go z bloga. Za utrudnienia przepraszam...
http://www.sendspace.pl/file/a2eb6aa7912add38ec3082a
http://www.sendspace.pl/file/a2eb6aa7912add38ec3082a
Opowiadanie o Hazel, cz 1
Stojąc w oknie i patrząc na księżyc obracała w dłoni niebieską kulkę w której mieniły się wydarzenia z całego dnia. Ze złością ścisnęła ją- wspomnienia rozsypały się po podłodze szukając siebie nawzajem. Wiedziała, że wrócą...
Szybko jednak otrząsnęła się. Przywołała do siebie błękitne krople i z powrotem uformowała z nich kulę. Kula lewitowała nad jej ramieniem, rzucając łagodną poświatę.
Wyszła na korytarz i skierowała się do biblioteki ze wciąż podążającą za nią kulą.
W zamyśleniu przeglądała karty starych ksiąg w poszukiwaniu właściwego czaru. Po długoch poszukiwaniach znalazła wreszcie zaklęcie teleportacji.
Nigdy wcześniej go nie używała, ale była zdesperowana. Bez namysłu wymówiła formułę i teleportowała się. Został po niej ślad na posadzce i kula. Ta zgasła już i poleciała na szafkę nocną. Czekała na nią.
Teleportacja nie była uczuciem miłym. Po dotknięciu stopami podłoża, ugięły się pod nią nogi. Zwymiotowała.
Wśród nocnej ciszy i pohukiwaniu sów wyłowiła odgłos stawianych kroków. Podniosła się z kolan i przy szeleście sukni na wietrze wyszeptała zaklęcie znikania.
W samą porę. Chwilę później na zakręcie pojawiła się ciemna postać na tle księżyca. Nie sposób było dostrzec jej rysy twarzy z powodu słabego światła. Postać zaczęła się zbliżać, najwidoczniej nie słyszała, jak Hazel się teleportowała.
Postać szła pewnie. Była już bliżej, więc można było powiedzieć, że jest to młody mężczyzna średniego wzrostu. Jego oczy bacznie obserwowały alejkę.
Hazel dopiero teraz obejrzała teren, na którym się znalazła. Stała pośrodku alejki w parku. Po obu stronach w równych odstępach stały drewniane ławki. Lampy były, owszem, ale ustawione daleko od siebie dawały nikłe światło.
Park był zadbany, trawniki skoszone, krzaki żywopłotu przystrzyżone na fantazyjne kształty, liczne i różnorodne drzewa, wszystko pięknie ze sobą współgrało.
A jednak coś w tym malowniczym miejscu jeżyło włosy na karku. Postać też to wiedziała. Tajemniczy mężczyzna wiedział jednak, co jest tym 'czymś', bał się tego a jednak dzielnie szedł na spotkanie z tajemniczym 'czymś'.
Mężczyzna podszedł bliżej, zatrzymał się w pewnej odległości od Hazel. Wiedziała jednak, że to nie ona jest obiektem jego zainteresowania. Było to 'coś' czego nie widziała i jeszcze nie wyczuła.
Tym razem to ona zbliżyła się do postaci. Niewidoczna i bezszelestna musiała jedynie uważać na dotyk.
Obeszła go, próbując wyłapać szczegóły. Teraz, gdy padał na niego nikły blask latarni była zdolna zobaczyć więcej.
Mężczyzna miał brązowe włosy, ścięte niezbyt krótko i zawadiacko zmierzwione przez wiatr. Głębokie, niebieskie, niczym głębia oceanu, oczy próbowały przeniknąć ciemność. Nosił okulary. Delikatne rysy twarzy świadczyły o tym, że jest młodszy niż przypuszczała. Krótki nos był skierowany ku dołowi, gdyby nie to, że był dość szeroki, przywodziłby na myśl dziób ptaka. Jego wargi, ułożone bez wyrazu miały kolor płatków różowej róży. Cała jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Nie dostrzegła na niej ani śladu zdenerwowania.
Świadczył o tym tylko przyspieszony oddech, który czuła teraz na policzku i przyspieszone bicie serca, które usłyszałaby na kilometr.
W krzakach w kierunku których patrzył chłopak coś się poruszyło. Równocześnie wstrzymali oddech czekając na to, co miało stać się za chwilę. Z krzaków coś wyskoczyło. Było wzrostu dorosłego człowieka, dorosłym człowiekiem zresztą było. A konkretniej, było kobietą. W średnim wieku, tym razem nie musiała już zgadywać, kobieta stanęła tak, by było ją dokładnie widać.
Hazel odeszła od chłopaka, nie spuszczając oczu z kobiety. Nie podobała jej się. Miała zgrabną figurę klepsydry, długie blond włosy. Czarne, lateksowe wdzianko opinało się na jej krągłościach. Wydawała się być bezbronną, na pierwszy rzut oka, ale jak się przyjrzeć to za paskami przy udach tkwiły sztylety. Przygotowała się na powstrzymanie ostrych ostrzy.
-Kogo my tu mamy?- bawiąc się sprzączką przy pasku przerwała ciszę. -Dwa ptaszki w jednej klatce...
Chłopak był zdezorientowany. Nie wiedział o jakiej drugiej osobie mówi kobieta. Hazel wiedziała. Wiedziała, że to był podstęp.
-O..o czym mówisz?- najwyraźniej był z nią na ty, ale bał się jej. -Jestem tu sam...- głos mu drżał.
-Mówię o twojej wróżce, nie udawaj głupiego! Kontaktujesz się z nią od jakiegoś czasu. Nie udało mi się niestety przechwycić treści tych rozmów- miała okropny głos. Groźny, skrzeczący.- A teraz dziwnym trafem, kiedy jesteś zagrożony ta teleportuje się we właściwe miejsce, znika i czeka na rozwój wydarzeń! Pokaż się, niezdaro, czarodziejko od siedmiu boleści!
Zimowe opowiadanie, część 1
Był zimowy wieczór. We wszystkich domach paliły się światła a z kominów ulatywał dym. Choć główna uliczka we wsi była pusta, czuć było, że w rzeczywistości domy tętnią życiem.
Stąd dochodził zapach pieczonego chleba, tutaj śmiech dzieci wesoło rozbrzmiewał w jednym z pokoi, tu zaś czuło się zapach szarlotki, studzącej się na oknie.
Przez dróżkę bezszelestnie przebiegł czarny kot, na tle nocy odznaczający się jedynie złotymi, świecącymi oczami. Skierował się do domku stojącego na uboczu, starego już, choć dobrze zadbanego. Wskoczył na ławkę znajdującą się przed oknem do kuchni i zamiauczał. Nie minęła minuta, kiedy okno otworzyła na oko 10- letnia dziewczynka. Miała brązowe włosy zaplecione były w dwa warkoczyki, a ubrana była w różową sukienkę z długimi, szerokimi rękawami. Wpuściła go do środka.
Pobiegł razem z nią do salonu, gdzie w kominku palił się ogień nadając pomieszczeniu przytulny wygląd. Pokój urządzony był skromnie- kanapa, niska ława, na której stała miska z dopiero upieczonymi ciasteczkami, puszysty dywan, gdzie siedziała już czwórka dzieci i do których dołączyła dziewczynka z kotem, oraz fotel bujany na którym w zamyśleniu, z kocem na kolanach kołysała się starowinka. Dzieci patrzyły na nią z wyczekiwaniem, o tej porze zawsze opowiadała im bajki.
-Babciu! Opowiedz nam jakąś bajkę!- ciszę przerwał najmłodszy z całego grona, niecierpliwy chłopiec. Miał czarną czuprynę i mądre, zielone oczy.
-Stasiek, Stasiek.. jakiś ty niecierpliwy... - skarciła chłopca dziewczynka, która otworzyła okno kotu. - Babcia się zastanawia...
Starowinka zaśmiała się, potrząsając swoimi srebrnymi lokami i otworzyła oczy:
-Dziś opowiem wam niezwykłą historię. Nie do końca bajkę, ale zapewne będzie równo fascynująca- jej spokojny głos łączył się z trzaskającym ogniem.
Był niczym szum trawy na łące, śpiew słowika za oknem... Jak budząca się do życia wiosna, radosna, pełna życia, kolorów... Dzieci nigdy nie przeszkadzały babci, jak coś opowiadała. W ich małych główkach jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawiały się żywe, kolorowe obrazy, przedstawiające akcję opowiadaną przed babcię. W każdej głowie inne, a jednak te same.
-Wiecie, niektórzy wierzą, że poza Ziemią i Układem Słonecznym istnieją inne światy, na których znajduje się życie- podjęła po chwili zamyślenia. - O ile moim zdaniem bajki o zielonych UFO- ludkach z przerośniętymi głowami i pustymi, czarnymi oczodołami nie są godne uznania, tak możliwość istnienia istot fizycznie do nas podobnych zdaje się już bardziej prawdopodobna..
Otóż bajka, którą wam opowiem będzie właśnie o jednym z takich światów, a konkretniej o układzie zwanym Układem Drugiej Rzeczywistości, jak nazwano główną gwiazdę tego Układu. Czemu drugiej? Ponieważ istoty tam żyjące Rzeczywistością nazywały, tak jak i my, to, co się wokół nich działo, a że Gwiazdę uznawali jako życiodajną energię, bez której nie mogli by żyć, nadali jej taką właśnie nazwę.
Pomimo jednak faktu, iż istoty żyjące na tamtejszych planetach były do nas bardzo podobne, różniły się jednak nieco wyglądem i znacznie stylem postrzegania świata, stylem bycia.
Wierzyły one jednak bowiem w życie po śmierci. W to, że jeśli ktoś umrze czeka na swojego następce, po czym naucza go i w chwili jego narodzin puszcza do rodziców, sam udając się na wieczny spoczynek.
Dziecko nauczone w ten sposób posiada własne zdolności, które musi w sobie odkryć...
-Ale jak to?! Przecież najpierw ktoś zmarły naucza, więc dziecko powinno to umieć od urodzenia!- oburzonym głosem przerwała opowieść jedna z dziewczynek, rudowłosa Zuza, nieco starsza od Stasia.
-Babcia nam kitów nie wciska?- Zapytał znów Stasiu, ośmielony wybuchem siostry. Staruszka zaśmiała się ponownie, potrząsając siwymi lokami. Przypominała wtedy dziewczynkę, jej łagodne rysy twarzy, słodki śmiech..
-Z powodu nieskoordynowanych...- nie zdążyła dokończyć.
-Nieskoo..-co? - Nie rozumiał nadal Stasiu.
-Nie -sko -or -dy -no -wa -nych... Znaczy się, że niezgrabnie stawia nóżki.. Jak mały kociaki, co się w szopie urodziły i nie potrafiły chodzić! - Wytłumaczyła Marysia, nieco znużonym tonem.
-Tak, właśnie tak. A więc z powodu tych niezgrabnych ruchów, krótkich rączek i nóżek, niemowlak nie mógł jeździć na koniu, dlatego, że nie miał ząbków nie potrafił wymawiać zaklęć.. Musiał się tego nauczyć. A haczyk jest w tym, że jak już się nauczył to większości zapomniał..
-Ee to taka nauka jest niepotrzebna. No bo jak to? Najpierw się uczy, później nie może wykorzystać, a jak już może to nie pamięta...- Janek siedzący dotąd cicho nie był w stanie ogarnąć braku logiki w opowieści babci.
-Jasiu, Jasiu... Kiedy dziecko odkryje istnienie przykładowo zaklęć, przypominają mu się nauki jego Mistrza. Odkrywa je stopniowo, ażeby nie spowodować katastrofy błędnie wypowiedzianym zaklęciem. Wszystko powoli. Nie od razu Rzym zbudowano.
Wstęp
Nie od dziś piszę, fakt. Ale od niedawna zaczęłam myśleć o blogu z tym, co piszę. No i jest.
Właściwie pomysł podsunęła mi koleżanka po przeczytaniu kilku opowiadań. Dziękuję, Dajana ;)
Od razu zaznaczę, że nie każdemu pewno spodoba się mój styl pisania. No i trudno, ja na uszach stawać nie będę, żeby się każdemu jednemu spodobało.
Ale mam nadzieję, że się spodoba.
Zachęcam więc do czytania kolejnych opowiadań i mam nadzieję, że nie stanę nagle i nie stwierdzę, że wyczerpał mi się limit opowiadań do napisania ;)Nie od dziś piszę, fakt. Ale od niedawna zaczęłam myśleć o blogu z tym, co piszę. No i jest.
Właściwie pomysł podsunęła mi koleżanka po przeczytaniu kilku opowiadań. Dziękuję, Dajana ;)
Od razu zaznaczę, że nie każdemu pewno spodoba się mój styl pisania. No i trudno, ja na uszach stawać nie będę, żeby się każdemu jednemu spodobało.
Ale mam nadzieję, że się spodoba.
Zachęcam więc do czytania kolejnych opowiadań i mam nadzieję, że nie stanę nagle i nie stwierdzę, że wyczerpał mi się limit opowiadań do napisania ;)
Właściwie pomysł podsunęła mi koleżanka po przeczytaniu kilku opowiadań. Dziękuję, Dajana ;)
Od razu zaznaczę, że nie każdemu pewno spodoba się mój styl pisania. No i trudno, ja na uszach stawać nie będę, żeby się każdemu jednemu spodobało.
Ale mam nadzieję, że się spodoba.
Zachęcam więc do czytania kolejnych opowiadań i mam nadzieję, że nie stanę nagle i nie stwierdzę, że wyczerpał mi się limit opowiadań do napisania ;)Nie od dziś piszę, fakt. Ale od niedawna zaczęłam myśleć o blogu z tym, co piszę. No i jest.
Właściwie pomysł podsunęła mi koleżanka po przeczytaniu kilku opowiadań. Dziękuję, Dajana ;)
Od razu zaznaczę, że nie każdemu pewno spodoba się mój styl pisania. No i trudno, ja na uszach stawać nie będę, żeby się każdemu jednemu spodobało.
Ale mam nadzieję, że się spodoba.
Zachęcam więc do czytania kolejnych opowiadań i mam nadzieję, że nie stanę nagle i nie stwierdzę, że wyczerpał mi się limit opowiadań do napisania ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)