piątek, 26 listopada 2010

Piątek i wspaniała matematyka

Lubię piątki. Nie tylko ze względu na to, że kończy się tydzień. W piątek mamy dużo lekcji, ale da się je znieść, a w dodatku jest mało zadawane.
Choć.. U nas matematyka, przykładem, zawsze jest na wesoło. Taka nasza klasa, choć nieco sztywna, matematyczne żarty bawią ją bardzo.
Dziś także nie zabrakło trochę śmiechu. Zacznijmy od początku lekcji.
Zawsze to ja ścieram tablicę i zapisuję nowy temat. Choć mamy dyżurnych, ci pojawiają się dopiero, jak jakaś nauczycielka wzywa ich do siebie, a później każe sprzątać pod salą lekcyjną. W złym momencie się pojawiają, ale trudno.
Zanim zdążyłam zetrzeć tablicę do końca, nauczycielka poprosiła mnie o zapisanie tematu, więc, wciąż trzymając gąbkę, uczyniłam to. Kiedy już kończyłam, koleżanka uparła się, aby wytrzeć tablicę za mnie. Przekornie kurczowo trzymałam się gąbki. Po kilku sekundach ‘siłowania się’ koleżanka uciekła się do drastycznych sposobów odebrania mi gąbki: najprościej w świecie mnie ugryzła. Swoim zwyczajem i specjalnie piskliwym głosem stwierdziłam ‘Proszę pani! Ona mnie ugryzła!’. Oczywiście wywołało to śmiech zarówno w klasie jak i u nauczycielki. Dobry początek lekcji.
Dalej było zapisywanie zadań, przy którym to działaniu wywiązał się taki dialog między dwojgiem uczniów i nauczycielką(jędną z moich ulubionych nauczycielek, panią Mirabelką):
-Proszę pani! A my czwarte i piąte z Maćkiem zrobiliśmy …- odezwał się jeden z nich, nazwijmy go Bartkiem.
- O, świetnie!
-Na polskim… - dokończył Bartek.
-Och…- pani lekko zmieszana, klasa w śmiech.
-Mogłeś tego nie mówić… - udawanym szeptem stwierdził Maciek.
-Ja was nie ogarniam- stwierdza nauczycielka. – Już nie wiem, czy gorsze jest pogryzienie czy zadanie zrobione na polskim…
-Pogryzienie! Mogłam dostać zakażenia.. – wtrąciłam swoje trzy grosze.
I znów śmiech w klasie.
Do około połowy lekcji wszystko przebiegało normalnie, aż kolega z tyłu, nazwijmy go Markiem, dźgnął mnie długopisem w plecy.
-Zrobiłaś już piąte?- spytał, kiedy się odwróciłam. Razem z ławkowym towarzyszem, Krystianem, byli już lekko rozbawieni moją reakcją na koleżeńskie dźgnięcie w plecy.
-Nie, myślę nad czwartym.. Och, co się tak śmiejecie?- po tym pytaniu odwróciłam się do swojej ławki i zajęłam główkowaniem nad zadaniem. Ale szybko zaświtało mi w głowie, że jak pyta o piąte to poprzednie już zrobił. Odwróciłam się i porwałam jego zeszyt.
To była masakra. Pisze gorzej, niż ja, ale się odnalazłam. Zapis wyglądał iście komicznie, w dodatku kolega pokroił ludzi, a później dziwnie pozszywał i w dziwny sposób wyszło mu poprawne rozwiązanie. Skomentowałam zarówno zadanie, jak i pismo. Tak oto nasza grupka zaczęła podśmiewywać się z zadania.
Wróciłam jednak do swojego zeszytu i zaczęłam myśleć nad zadaniem. Wkrótce  odwróciłam się ponownie z propozycją rozwiązania. Pisanie do góry nogami nie wyszło mi najlepiej, toteż wzbudziłam znów trochę śmiechu. Ale mieliśmy pomysł, jak rozwiązać zadanie. Wciąż jednak pozostawało nam w myśli krojenie ludzi i śmiech stał się lekko głośniejszy. Zainteresowała się tym nauczycielka:
-Z czego wy się tak śmiejecie?
-Z Marka..
-Czemu?
-Bo on pokroił w czwartym zadaniu ludzi, a później tak dziwnie pozszywał, że mu dobrze znikąd wyszło…
Nauczycielka uśmiechnęła się i wróciła do zadania rozwiązywanego na tablicy.
Słysząc za jakiś czas śmiechy ponownie, odwróciłam się.
-A tym razem co?
-Nie wiem, on mnie rozśmiesza- z trudem powiedział pełnym zdaniem Krystian.- Nie pluj!
-Już wycieram..- znużonym głosem odpowiedział, śmiejący się kolega.
-Bo on to zawsze jak się śmieje to pluje! Ślina tryska na wszystkie strony!- Śmiech. Nie wiadomo właściwie z czego, ale śmiech.
-Wybaczycie, że nie skomentuję tego tak, jak Mateusz Twojej nauki latania? – zwróciłam się do Krystiana.
Komentarza na temat latania nie będę tłumaczyć, jakoś nie potrafi mi to przejść przez klawiaturę.
Ale jakoś ucichliśmy.  Następny wybuch śmiechu, tym razem całej klasy, spowodował PKS na tablicy, jako oznaczenie statków i zabawa kolegi Mateusza wkładem do długopisu, który później podniosłam i nie chciałam oddać.
Na koniec lekcji było oznaczenie dziewczynek jako CBA, co wprawiło nas w dobry nastrój aż do domów.

Dzień w szkole był udany. Zresztą z gimnazjum zawsze wracam z uśmiechem na ustach. Cieszę się, że tak potoczyły się moje losy w tej klasie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz